sobota, 28 lutego 2009

Partner w realizacji celu

Wciąż aktualne
...
Najpierw zacznę od celu. Oczywiście, „finacial independence” (niezależność finansowa) i „passive income”(dochód pasywny) nie są prawdziwymi celami. Mógłbym się tu odnieść do paru książek, taśm, ale jak pamiętasz nie chciałaś ani taśm, ani dostępu do nich. Zrezygnowałaś z czegoś, co ja bym nazwał skarbnicą wiedzy, nie tylko teoretycznej, ale i praktycznej. Mało tego zrezygnowałaś z tego, aby twój partner rósł nie przy pomocy twoich „dobrych rad” , ale w ogniu walki. Mówisz, że masz trudności w komunikowaniu się z mężem, że on nie chce zrozumieć „toksycznego wstydu”, czy czego tam jeszcze, ale jednocześnie odrzuciłaś narzędzie, jakie chciałem ci dać. Narzędzie, dzięki któremu mogłabyś rozwinąć system porozumiewania się z innymi ludźmi, w tym z mężem, przyszłymi twoimi dziećmi, teściami, a także ludźmi z pracy. I nie po to, żebyś powtarzała coś, co ja (czy ktoś inny) zrobiłem. Nie, to ty byś odkrywała te „nowe lądy”, ale jednocześnie w wypadku, gdy dojdziesz do ściany, miałabyś mnie, do kogo mogłabyś się zwrócić po poradę, co robić dalej.
A teraz spójrz na to z innej strony: czy przyjemnie ci, kiedy piszę o tym? Tak samo będzie się czuł twój mąż, kiedy ty mu będziesz zwracała uwagę, że robi coś nie tak, czy nie rozumie etc. Jak więc zrobić, żeby było dobrze, jak ustalić szlaki komunikacji w taki sposób, aby nikogo nie ranić?
Nie można się poprawić bez łez i cierpienia (Pamiętasz film „Shadowland” (Cienista dolina)?, co mówił Jack na temat bólu i cierpienia, jako o megafonie, jakim mówi do nas Bóg?). Sztuka jednak polega na tym, że ty chcesz mu zadać ten ból, bo ty wiesz „lepiej” np. na temat toksycznego wstydu. A tak naprawdę ty jesteś ostatnią osobą, która powinna to robić. Dlaczego? Bo człowiek nie jest istotą logiczną! Człowiek jest istotą emocjonalną. Dlatego lepiej by było, gdyby tę robotę wykonał ktoś obcy, którego np. mąż (czy ty), więcej byście nie spotkali. Niemniej jednak przesłanie od tej osoby by pozostało u męża, czy ciebie. I jeśli mąż, tak naprawdę by chciał zbudować biznes, to musiałby się nad tym przesłaniem zastanowić: co ja takiego spierniczyłem, że ten człowiek nie chce ze mną gadać, czy nie rozumie, co ja mówię?, etc., ewentualnie spytać np. sponsora, co w takim wypadku robić, a jeśli tym sponsorem byłbym ja, to po prostu mógłbym mówić do niego z innej pozycji, wtedy on by słuchał, dlatego że on by chciał słuchać. On by rozumiał, że to, co ja mówię, to nie jest pouczanie go, ale to jest dla jego dobra. A tak naprawdę, to ja bym mu wcale nie doradzał bezpośrednio (za długo jestem w biznesie, żeby robić takie fundamentalne błędy, choć czasem niestety to robię, ale później żałuję), ale pośrednio, przez zasugerowanie odpowiedniej książki, czy taśmy. Ale przede wszystkim ja i twój mąż mielibyśmy płaszczyznę do porozumiewania się. Nie wiem, czy zauważyłaś, jak twój mąż chętnie ze mną rozmawiał, kiedy byliście w Polsce. On nawet to nazwał „rodzinna rozmową” i był zły, kiedy ty przeszkadzałaś. Widzisz, niekiedy najważniejsze rzeczy można przekazać, niejako przy okazji, ot wytworzyła się taka atmosfera i można wtedy pogadać. Czasami takim dobrym momentem jest rozmowa podczas jazdy samochodem. Rozmówcy są zaabsorbowani drogą, krajobrazem, etc. i niejako przy okazji otwierają się i mogą sobie przekazać rzeczy ważne. Podobnie jest w biznesie. Rozmawiamy o biznesie, a przy okazji poznajemy się, możemy przekazać swoje doświadczenie, poglądy, etc., w nie zagrażającej atmosferze przyjaźni. Wszak my (wówczas) jesteśmy po tej samej stronie, gramy do tej samej bramki.
Niestety nie potrafię również przesłać na odległość dźwięku (do dziś nie umiem, choć technicznie byłoby to możliwe). Z tego względu jest mi bardzo trudno mówić, gdyż jestem niejako zmuszony mówić bezpośrednio. To jest tak, jak bym komuś z innego kręgu kulturowego usiłował wytłumaczyć wiersz „Stoi na stacji lokomotywa..”. Normalnie tego się nie tłumaczy, tylko do tego się odnosi, przez skrót myślowy, gdyż każdy wie, że dalej jest: „ciężka, ogromna i pot z niej spływa..”. To jest tak, jak byś chciała się czegoś dowiedzieć, a ja ci daję klucz do tej wiedzy, a ty mówisz nie chcę klucza, ja wiem lepiej.. tylko wiesz,.. ten mój mąż, wcale mnie nie słucha, jak ja mu mówię o toksycznym wstydzie (ja bym dodał, że nawet nie słyszy).
Podobnie jest tutaj. Oczywiście najprościej by było powiedzieć, żebyś posłuchała taśm.. Dlaczego lepiej? Ano dlatego, że to nie ja bym mówił, tylko ktoś inny i nie o tobie, tylko ogólnie, lub o sobie. Jeśli ja powiem to samo, to ty (jako osoba emocjonalna) tego nie usłyszysz, albo cię to zaboli. A ja nie chcę, żebyś ode mnie słyszała rzeczy przykre, żebym ci mówił, że źle postępujesz. Podobnie jest, jeśli ty próbujesz poprawić męża. To nigdy nie działa!!! Jedno, co możesz osiągnąć w ten sposób, to wyhodować w swoim mężu wroga. Twój mąż jest zbyt duży, żeby go poprawiać, albo jak proponujesz wziąć go w dwa ognie, to może się ugnie. Nic z tych rzeczy!!! Na pewno się nie ugnie, czy przekona. (A tak na marginesie to mnie nawet nie wypada pisać do niego jako pierwszy, wszak on jest młodszy, więc on powinien napisać pierwszy, ale dlaczego on miałby pisać do mnie? Nie mamy wspólnej płaszczyzny porozumiewania się). Jak więc rozmawiać? Nie masz szans.

JEDYNYM TEMATEM, O KTÓRYM MOŻNA ROZMAWAIAĆ SĄ
MARZENIA I CELE.
Lepiej jest powiedzieć: „spójrz, tam jest drzewo (wyznaczasz cel), chodźmy, pójdźmy tam razem. Widzisz, ja mogę zrobić to i to, a co ty możesz zrobić, żeby tam dojść?” Wtedy możesz dyskutować. Wróćmy więc do tych marzeń i celów. Ja już ci kiedyś pisałem o tym, jak stawiać sobie cele. To było bardzo dawno temu. Jak widzisz nie usłyszałaś tego, co ja mówiłem. Dlaczego? Bo to ja mówiłem, a nie ty. I nie słyszałaś dlatego, że nie potrzebowałaś tego słyszeć. Twoim celem było wtedy zdać do następnej klasy, czy zrobić dyplom magisterski. Niejako ktoś za ciebie wyznaczył twój cel i ty go realizowałaś, gdyż tak wypadało. Tego od ciebie oczekiwali rodzice i społeczeństwo. Dziś, kiedy pozostałaś na swoim, brak ci tego. Teraz tak z pamięci przytoczę fragment taśmy.
Otóż wyobraź sobie, że przychodzę do waszego domu i przywożę samochód pełen pieniędzy, paczek banknotów 100-dolarowych. Nie mam pojęcia, ile by to mogło być, ale myślę, że ogromna ilość pieniędzy. Wszystkie je wysypuję w twoim pokoju i mówię, że wszystkie one są wasze (czy twoje), ale pod jednym warunkiem: nie wolno ci ich wydać, ani zainwestować. Pewnie zapytałabyś, no to po co mi te pieniądze, skoro nie mogę ich wydać, ani zainwestować. Ano właśnie. Przykład ten ilustruje, że tak naprawdę, to nie chodzi o pieniądze, tylko o rzeczy, które możemy kupić, lub usługi, które możemy otrzymać za ten majątek.
Ostatnio przyszedł mi do głowy inny przykład. Wyobraź sobie, że te paczki 100-dolarówek dajesz lub pokazujesz psu, lub szympansowi. Czy zwierzę się podnieci tymi dolarami? Zacznie szczekać, machać ogonem? Nie, bo te 100-dolarówki to jest pewien kod, pewien symbol, należący do naszego społeczeństwa, a pies, czy małpa nie należy do niego.

To co zapala nas, nie daje nam spać, to nie są pieniądze, tylko możliwości, jakie one nam dają. Marzenia i cele to są właśnie te możliwości, to jest to, co można za te pieniądze kupić. Właśnie to nas podnieca, zapala i powoduje, że stajemy się więksi, że nie poddamy się tak łatwo przy pierwszej porażce. Dlaczego? Bo w środku mamy to marzenie, które nie daje nam spokoju.
Wyobraź sobie babcię 70 lat, której wnuczek wpadł pod samochód. Czy ona jest w stanie podnieść ten samochód? W normalnych warunkach nigdy.., ale tam jest jej wnuczek, więc ona się nie zastanawia, tylko podnosi, co więcej, nawet jeśli nie da rady, to swoją determinacją, swoim przykładem jest w stanie zmobilizować przechodniów obok i razem oni mogą podnieść ten samochód. To właśnie jest motywacja.
Inny przykład: co byś zrobiła, jeśli by ktoś ci powiedział, że na zewnątrz na parkingu pali się jakiś samochód? Co byś zrobiła? Może wzruszyła ramionami, może poradziłabyś, żeby ten ktoś zadzwonił po straż pożarną, etc. Ale ten facet wspomina, że ten samochód ma takie numery rejestracyjne i ty rozpoznajesz, że to jest twój samochód. Co robisz? Czy radzisz temu facetowi, żeby zadzwonił do straży pożarnej? Nie, biegniesz na zewnątrz, żeby ratować twój samochód! A teraz, co robisz jeśli w tym samochodzie zostawiłaś twoje dziecko?.. itd.

Jak może pamiętasz słowa „burning desire” (paląca żądza) to właśnie jest to, co powoduje, że nie możemy spać, że adrenalina w żyłach podchodzi do zenitu, że nie możemy chwili stać koło kogokolwiek, żeby mu nie powiedzieć o tym, co nas tak podnieca. A teraz, czy ty wiesz, że jeśli to twoje marzenie, twój cel, jest wartościowy, służy tobie, rodzinie lub ludzkości i nie szkodzi nikomu, to marzenie to może stać się rzeczywistością!!!
Tak właśnie rzeczywistością!!! Ale musi być tak palące, żebyś nie mogła usiedzieć spokojnie pięciu minut. Tylko wtedy to stanie się rzeczywistością. Bo jeśli sama nie uradzisz tego samochodu to znajdziesz sto innych sposobów, żeby podnieść ten samochód, ale musisz mieć motywację do działania.
Dlatego też potrzebny jest partner, partner w celu, tak jak może pamiętasz takie sformułowanie używane niekiedy w kościele „bracia w Jezusie”. Cel staje się czymś nadrzędnym, który usprawiedliwia, w imię czego działamy, w imię czego cierpimy. W imię czego możemy znieść szyderstwo i śmiech. Nie może to być praca na etacie, na posadzie. Jest zasadnicza różnica między „work” (praca) i „run” (bieg). Pracować możesz do końca życia i nie osiągniesz nic (tzw. wyścig szczurów), ale jeśli wyznaczysz cel i biegniesz do niego, to go osiągniesz. W słowie bieg zawarta jest meta. Praca nie ma mety. Bieg zakłada również maksymalny wysiłek i co więcej stopniowo wzrastający (akceleracja), zwłaszcza kiedy zbliża się meta, na finiszu. Ale powiedzmy, po 400 metrach sprintu, jak wykrzesać z siebie te dodatkowe możliwości, ten dodatkowy wysiłek, jeśli nie ma mety (celu)? Czy ty wtedy zapytałabyś o ogólne wyniki finansowe? Finansową niezależność w ciągu 10 lat? Zastanów się, czy to byłoby dla ciebie mobilizujące, czy wykrzesałabyś ten dodatkowy wysiłek, jeśli by nie było mety? W słowie bieg zawarta jest również przerwa, odpoczynek i co najważniejsze nagroda!!! Zawsze może przyjść kryzys np. jeśli biegniesz na 5 kilometrów, zadajesz sobie czasami pytanie, czy warto, czy tam istnieje coś, co się nazywa meta? Nagroda? W takich momentach potrzebny jest partner, który nie udaje, nie mówi z pozycji wyspanego i wyperfumowanego kibica, ale również ocieka potem i krwią. Tylko taki partner jest przekonywający. Co więcej, ty widzisz, że on nie tylko biegnie, nie tylko ocieka potem i krwią, ale pcha wasz wspólny wóz. W takich momentach nikt się nie zastanawia, czy ten drugi śmierdzi potem. Ten smród staje się pięknym zapachem, świadectwem poświęcenia i prawdy.

Marzenie to jest to, co zmienia świat, to musi być żywe, mieć zapach, wymiar, to jest to, co pozwala wytrzymać ból, cierpienie, niewygodę, a przede wszystkim szyderstwo. Weźmy np. Edisona. On miał swoje marzenie w głowie, ale ono było bardzo konkretne, to była żarówka, elektrownia, guma kauczukowa i setki innych wynalazków. I pomimo 5000 prób zakończonych niepowodzeniem, nie zrezygnował i osiągnął swój cel, czyli zbudował żarówkę.

Cel nie tylko daje radość w momencie osiągnięcia, nie tylko łączy ludzi, jeśli zdecydowali się oni wspólnie realizować ten cel, ale ponadto ma jeszcze jedną bardzo ważną, bodajże najważniejszą właściwość: jest terapią. Tak, jest terapią. Znaczy to, że jeśli przeczytasz ogromną ilość książek np. na temat wewnętrznego dziecka, bólu pierwotnego, czy toksycznego wstydu, to wszystko to jest funta kłaków warte, jeśli nie masz celu, do którego biegniesz. Czytając książki pakujesz informację do innej półkuli mózgowej niż ta, która rządzi twoim postępowaniem, dlatego to nie bardzo ma sens. Owszem, jeśli idziesz do celu i napotkasz problemy, to zaczynasz się zastanawiać i wtedy, jeśli przeczytasz książkę, to ma to zupełnie inne znaczenie, inny wymiar. Wtedy mądrość książki możesz zastosować natychmiast, wypróbować i obciążyć emocją (pragnienia, porażki, zwycięstwa), a więc mądrość ta ma szanse przejść do tej innej półkuli. Stajesz się lepsza, bardziej doświadczona. Ale stało się to przez ból, przez cierpienie, przez pot i krew.
No tak, ale skąd wziąć odpowiednią książkę, skąd wiedzieć, która książka jest właściwa w danym momencie? Ba, właśnie na tym polega organizacja mojego biznesu, która dostarcza wsparcia, nie tylko książki, taśmy i seminaria, ale masz szanse porozmawiać z żywymi ludźmi, którzy są dla ciebie życzliwi, którzy cię wspierają w twoim celu. Czy wszystko to uchroni cię od potu i cierpienia? Absolutnie nie (no może tego największego), ale właśnie to jest cena stawania się lepszym, żeby się nauczyć pokory, czyli prawdy o sobie, o swoich ograniczeniach. Wszak nikt cię nie zmusi, żebyś robiła wg wypracowanego wzoru. Jednak po wielu własnych próbach i niepowodzeniach, po docenieniu pokory, dopiero wtedy człowiek idzie i co najdziwniejsze, dostaje to wsparcie, a co najważniejsze zaczyna słyszeć i rozumieć co mówią inni!!!
Wiele ludzi ewentualnie dochodzi do tej prawdy, problem polega jednak na tym, że konieczny jest do tego wstrząs i ból, często jest wstrząsem rozwodu, porzucenia, czy rozpadu rodziny. Wtedy mówisz: ojej, jaka szkoda, że nie mogę powtórzyć swojego życia. Zupełnie inaczej bym postępowała. Niestety wtedy jest za późno. Tu masz szanse powtórzyć, przetrenować niejako na sucho (a jednak naprawdę) pewne schematy postępowania, które mogą dać pozytywne rezultaty, lub nie; a wtedy to daje nam szanse zmiany postępowania. A co najważniejsze, twoja rodzina jest w całości. Spójrz, dziś jeszcze nie masz dzieci (to się zmieniło, jak ten czas leci!). Jeśli byś teraz się rozwiodła, nic wielkiego by się nie stało. Pewnie, byłoby przykro, trochę łez, etc., ale kiedy przyjdą dzieci, to dopiero wtedy jest dramat, który tak naprawdę nie będziesz w stanie zreperować, czy odwrócić.

Dzieci zawsze patrzą na rodziców. Jak nie dać się złapać w pułapkę oceny rodziców, czy kogokolwiek innego? Marzenie i cel – to jest nasza szansa. Wartościowy cel. Realizacja marzenia, celu, jest tworzeniem i nasza energia idzie we właściwym kierunku. Każdy inny kierunek po pierwsze oddala nas od celu, a po drugie stanowi niebezpieczeństwo skrzywienia mojej własnej osobowości, przez zwracanie się w przeszłość, rozwinięcie poczucia własnej winy, lub obwinianie drugiej osoby, a w rezultacie stajemy się wrażliwi na manipulację nami, lub stajemy się manipulatorami etc. A wreszcie jest to zmarnowanie naszej energii, która idzie w przysłowiowy gwizd, czyli rzeczy niepotrzebne.

Cel jest tą lampą w ciemności,

która wskazuje nam drogę, bez względu na to, czy skończyliśmy jakieś kursy z psychologii wewnętrznego dziecka, komunikacji międzyludzkiej, czy też nie. Z celem wyjdziemy na prostą, tak czy tak.

Dopisek po kilku tygodniach: Po rozmowie z paroma osobami doszedłem do wniosku, że marzenia i cel jest bardzo trudnym problemem dla ludzi (współ)uzależnionych, albo zniewolonych. Nieraz zastanawiam się, czy w ogóle możliwe jest nauczenie takich ludzi tych prostych rzeczy? Dlaczego tak jest?
Lęk, wieczny lęk przed innymi, że odkryją, że jestem gorszy niż udaję. Posiadanie marzenia zwróciłyby moje oczy w stronę tego marzenia, zmusiłoby mnie do zaniechania śledzenia innych, a więc przestałbym kontrolować innych, i nie mógłbym interweniować w momencie, kiedy moje wewnętrzne „ja” mogłoby się obnażyć, kiedy ktoś by odkrył, że ja jestem gorszy. Nie mógłbym zapobiec wystawieniu mnie na pośmiewisko.
Strach. Ten paraliżujący strach przed odpowiedzialnością za siebie, za realizację swoich marzeń skłania ludzi do porzucenia marzeń. Dlatego nieraz przyparci do muru, w szerzej rozmowie mówią: „wyznaczyć sobie cel, to jest dla mnie problem, to są prawdziwe schody. Ja nie mam celu”.
Ale już w Biblii jest napisane: „nie lękajcie się”.

Rzeczy ważne



Jeśli w relacjach z bliźnimi unikasz głębi, uważaj,
bo możesz utknąć na mieliźnie.

W relacjach nie można zapomnieć o hierarchii ważności.

Co jest ważne dla Ciebie? Często zdarza mi się słyszeć takie wyznanie wiary: „Ja nie wiem, co jest dla mnie ważne?” - pamiętam kiedyś na spotkaniu DDA (a może to było spotkanie AlAnon) jeden mężczyzna ni to stwierdził, ni to zapytał. I pamiętam, jako pewnego rodzaju odpowiedź opowiedziałem swoją historię z Hanką. W podobnych okolicznościach powiedziałem jej mniej więcej tak:

„Mądra jesteś, to nie ulega wątpliwości, ukończyłaś studia, masz tytuł magistra, a przede wszystkim dzięki swojej pracy masz niekwestionowany autorytet w środowisku. Zabieram Ci to wszystko i powiedz mi, co robisz w tej sytuacji?” „No, wiesz, mam jeszcze szkołę średnią, umiem po angielsku, mogę uczyć angielskiego”. „To prawda, mówię, zabieram Ci to wszystko, została Ci tylko szkoła podstawowa, co robisz?” „No wiesz może bym zapisała się na jakiś kurs..” „Zabieram Ci to, nie umiesz pisać, co robisz?.. etc..

Ja nazywam się Biologia.”


Na kursie wolontariuszy hospicyjnych opowiadali nam historię, że bardzo mądra kobieta, wzięta w swoim zawodzie i majętna, nie przewidziała, że w pewnym momencie nie będzie potrafiła się podpisać na książeczce czekowej.

Jako Biologia mogę Ci zabrać wszystko, z jednym wyjątkiem: nie mogę Ci zabrać miłości.
„Człowiek umiera, miłość pozostaje” – przeczytałem kiedyś na jednym grobie. I w ten sposób doszliśmy, co jest najważniejsze w życiu. Nie daj się zwieźć i nie pomyl drogi, miłość jest najważniejsza!

A co to jest miłość? Mówisz są różne miłości, oczywiści, ale czy potrafisz zdefiniować miłość, która obejmie wszystkie rodzaje, czy poziomy miłości?
Czy rozwijanie bliskości może określać każdy poziom miłość? No tak, ale ja jeszcze dodaję w oparciu o akceptację, wolność i zaufanie (albo wiarę). I to jest to. Zabierz cokolwiek z tego i miłość znika, pozostaje uzależnienie lub nienawiść.

Wzięłaś ślub kościelny, więc mam prawo się domyślać, choć nigdy mi tego nie powiedziałaś, ani też napisałaś, że jesteś osobą wierzącą. Być może nawet chodzisz do kościoła i się modlisz. Wobec tego, w co Ty wierzysz? W czarnego kota?, w 13-go piątek?, w emeryturę? w ZUS?..
Kim dla Ciebie jest Bóg? Jeśli się modlisz: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie..” to do kogo mówisz te słowa? Czy dla Ciebie, to jest taki starszy pan z brodą w chmurkach, który karze za grzechy?
A czy pamiętasz, co powiedział o Bogu papież Jan Paweł II, a Benedykt XVI napisał całą encyklikę „Deus Caritas est” na ten temat? A co to znaczy „Deus Caritas est”?
Czy uważasz, że taki temat jest dla Ciebie bezpieczny do dyskusji ze mną i może stanowić płaszczyznę porozumienia między nami? Czy znowu odrzucisz?
Kiedyś z kolegami przy śniadaniu czytaliśmy Biblię i dyskutowaliśmy na te tematy w gronie osób wierzących i niewierzących. Cały rok tak robiliśmy. I nikt nie protestował. Co więcej, nie było żadnego tabu. Żadnego...

...



czwartek, 26 lutego 2009

Change your brain...



Ostatnio dostałem od mojej siostry książkę Daniela G. Amen’a „Change your brain, change your life”. Zacząłem ją czytać. Na razie wrażenia super.


Ostatnio zgłasza się do mnie dużo ludzi cierpiących na depresję. Nie wiem, czy to jakaś epidemia związana z transformacją ustrojową, czy też międzynarodowy kryzys, w każdym razie zauważyłem, że dużo ludzi cierpi na tę chorobę. Właśnie pisałem monografię na temat biologii depresji, kiedy przyszła ta książka, traktująca tę chorobę nie tylko z punktu widzenia psychoterapii, ale właśnie jako problem neurologiczny. Muszę przyznać, że moje podejście do depresji było bardziej biologiczne, natomiast książka ta nie wnika w biochemię, czy biologię komórki, a raczej bazuje na zjawiskach naczyniowych, czy elektrycznych zachodzących w mózgu pod wpływem zewnętrznych zdarzeń. Warsztatem badawczym, którym posługuje się autor jest technika SPEC (single photon emission computed tomography), dzięki której można wizualizować aktywne (bardziej ukrwione) w danym momencie części mózgu. Właśnie brakowało mi czegoś do napisania wstępu, który jak dotąd był w mojej ocenie bardzo ubogi. Po przeczytaniu paru kartek, kiedy autor zaczął omawiać tak odległe zespoły jak depresję, ADD/ADHD [atention deficyt (hyperactivity) disorder], czy PMS (premenstrual syndrom), wiedziałem, że właśnie tego potrzebowałem dla mojego wstępu, który dzięki temu urósł z pół strony do czterech.




Chociaż psychiatria nie jest moją ulubioną dziedziną i choć dużo wiem na ten temat, to jednak choroby nowotworowe, czy choroby autoagresyjne, a nawet endokrynologia są mi dużo bliższe. I pomimo, że mam bliskiego kolegę cierpiącego na chorobę dwubiegunową i często odwiedzałem go w Instytucie Psychiatrii, to jednak zdaję sobie sprawę z ryzyka pomagania ludziom cierpiącym na te choroby, zwłaszcza osobom mającym halucynacje. Niemniej jednak z powodu zapotrzebowania i chęci pomocy osobom cierpiącym na depresję i stany lękowe zacząłem bardziej dogłębnie studiować temat i w końcu sam napisałem monografię na temat depresji.



Ale wrócę do książki. W pewnym momencie autor przestał zajmować się stroną neurologiczną mózgu, a zaczął omawiać sposoby psychoterapeutyczne, które od wielu lat są mi znane. Niemniej i ten fragment książki miło mi było czytać, jako potwierdzenie, czy pewnego rodzaju repetytorium tego, co już znałem.
Uważam, że książka ta jest bardziej wartościowa niż początkowo przypuszczałem.
Naprawdę polecam.

sobota, 21 lutego 2009

Krok drugi – malowanie klatki

Przypomnę krok drugi:
Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.

Mieszkam w domu z 1905 roku i prawdopodobnie od tego czasu nie był remontowany. Jest to jeden z tych „zabytkowych” (czytaj: rudera) domów, które ocalały po Drugiej Wojnie Światowej i stanowi nieodłączny element dzielnicy potocznie zwanej „Trójkątem Bermudzkim” , „HollyWódem”, a ostatnio ze względu na film „Rezerwatem”. Zresztą, dość często kręcą tu seriale telewizyjne, filmy m.in. „Pianistę” Polańskiego etc. (Stąd HollyWód, bo i na brak sklepów alkoholowych nie można narzekać).
Otóż przez ostatnie 50 lat budynek ten miał być rozebrany, ale po upadku komunizmu, jakoś pomysł ten upadł. Nie odnawiana przez tak długi czas klatka schodowa jest w opłakanym stanie. Postanowiłem więc zmobilizować administrację do odnowienia klatki. Poszedłem po lokatorach i zebrałem podpisy, aby administracja odnowiła klatkę. I to pociągnięcie było słuszne. Niestety w administracji uprzejma pani powiedziała mi: „Panie, u nas jest gorzej jak u Bambusów”. I w ten sposób oficjalny sposób załatwienia sprawy się skończył. W tej sytuacji, jako DDD, reprezentujący postawę: ja sobie poradzę, ja dam radę i nikogo nie potrzebuję. Po prostu kubeł farby, drabina i pędzel i po kłopocie. Tak też zrobiłem. I to był błąd.

Zajęło mi to tydzień, ale prawie dwa piętra odmalowałem. Łudziłem się w tym czasie, może ktoś z lokatorów się przyłączy. Niestety, jedynie najbliższy sąsiad podszedł do mnie i powiada. Panie, ja mam 90 lat, więc mi trudno będzie panu pomóc, ale mogę zapłacić za farbę, na co ja przystałem. Prócz tego sąsiada, jedynie Krzyś, 5-letni syn sąsiada z czwartego piętra, chciał mi pomóc, ale mu wytłumaczyłem, że wprawdzie dziękuję mu za chęci, ale jest trochę za mały. Acha, jeszcze jeden sąsiad przystanął i zaczął krytykować, że przed malowaniem należy ściany zeskrobać. Poza tym, żadnej reakcji. Już jakiś czas po moim odnowieniu części klatki, sąsiad z dołu, nieźle wstawiony, zaczął mamrotać coś pod nosem, że mogłem odnowić całą klatkę. Ale ja się nie odezwałem.

Mniej więcej po tygodniu, miejscowe chłoptysie zaczęły swoje „graffiti” na ścianach i wkrótce klatka schodowa wyglądała tak, jak poprzednio. Pamiętam, ten 90-letni sąsiad, kiedy zobaczył jak sąsiedzi niszczą świeżo odnowioną klatkę, podszedł do mnie i powiedział: „Wie pan, ja już różne rzeczy widziałem, w czasach komuny siedziałem w więzieniu i tam widziałem złodziejaszków, morderców, różnych ludzi widziałem, ale żeby ktoś robił pod siebie, tego, proszę pana, jeszcze nie widziałem..”

Jak wspomniałem wyżej to był mój błąd. A teraz, jak to powinienem zrobić (niestety, do wniosku tego doszedłem dopiero po paru latach uczestnictwa w spotkaniach wspólnoty 12-krokowej)?
Ano, tak samo, jak na początku zrobiłem, trzeba było pójść po lokatorach i zmobilizować wszystkich do wspólnej akcji odnawiania klatki schodowej. Wykonując tę pracę samodzielnie po pierwsze, straciłem okazję do współpracy z pozostałymi lokatorami, a więc rozwoju agape, po drugie oni (a zwłaszcza nastolaty) poczuli się pominięci i w efekcie, zamiast dbać i pilnować porządku na klatce, bardzo szybko ją zniszczyli.
Tak zrobiłby normalny człowiek, ale nie ja, DDD (dorosłe dziecko rodziny dysfunkcyjnej), AlAnon, pracoholik, żarłok, cierpiący na chorobę sierocą, choć dziś, po paru latach uczestnictwa w spotkaniach wspólnoty 12-krokowej, a także dzięki pracy jako wolontariusz w Hospicjum, trochę więcej rozumiem.

środa, 18 lutego 2009

Lachesis, Klotho, Atropos


Skąd się wzięła nazwa Klotho?

Z wikipedii:


Kloto (gr. Κλωθώ Klotho, "Prządka") – jedna z trzech Mojr, wyznaczających czas życia i los człowieka. Kloto, przedstawiana z wrzecionem, przędła nić ludzkiego żywota. Miała dwie siostry - Lachesis, która jako pierwsza snuła nić, zaś Atropos przecinała ją, gdy życie dobiegało końca.

Imieniem Trzech Sióstr nazwano również górę w okolicy Canmore w Albercie w Kanadzie na fotografii. Natomiast imieniem Klotho nazwano m. in. Planetoidę, a także gen i białko zapobiegające starzeniu się.

wtorek, 17 lutego 2009

Historia dwóch tygodni cz. IV.

Ale to nie koniec wydarzeń tych dwóch tygodni.

W ten czwartek umarła moja teściowa, o czym poinformował mnie przez Internet mój syn Bartek. Wspomniał, że pogrzeb będzie w następny piątek i że on wraz z moją byłą żoną przyjedzie w następny czwartek. A gwoli ścisłości, ostatni list od Bartka dostałem na dzień ojca, ale poprzednio, to już nawet nie pamiętam, może 10 lat nic do mnie nie pisał, nawet na Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zresztą na ostatnie Boże Narodzenie też nie dostałem od niego listu, chociaż ja wysyłałem mu regularnie i zwykłe kartki świąteczne (papierowe) i Internetowe, a nawet w te Święta posłałem książeczkę dla dzieci i dwie nagrane przeze mnie płyty CD ze wszystkimi książkami i wykładami, które do tej pory napisałem.
Tak więc zawiadomienie o śmierci teściowej (którą w końcu lubiłem) miało dla mnie szczególne znaczenie. Wszak miał przyjechać Bartek. Oczywiście zaprosiłem go do siebie. Ale to miało dopiero nastąpić w następny piątek.

We następny wtorek poszedłem do Antka. Całkiem zmieniony, a nawet uśmiechnięty. Po pierwsze od razu dowiedziałem się, że ma być ksiądz, co mnie od razu ucieszyło, bo od razu się zorientowałem, że Antek inaczej zaczął myśleć. Zaraz też chciałem wyjść, ale Antek mnie zatrzymał. Pogadaliśmy trochę. Wspomniał mi, że być może Nowa Germańska Medycyna jest dobra, ale dla zdrowych ludzi. Kiedy kogoś boli, kiedy ktoś cierpi, to zupełnie inaczej myśli. Ja wiedziałem, że w stresie, w bólu zmienia się chemia mózgu i że Antek się zmienił, zmienił swoje myślenie. Okazało się, że Antek nabrał na tyle sił, że przeczytał mój list Internetowy sprzed tygodnia, w którym opisałem moje odczucia w stosunku do Krystyny-pielęgniarki i całej sekty. List ten zatytułowałem:

Czy dopuszczasz możliwość, że się mylisz?

Już nie chciałem mu przypominać, że ilekroć mnie posłuchał, to jego stan zdrowia się poprawiał, a ilekroć posłuchał sekty, to stan jego zdrowia się pogarszał. Jednak wymowa mojego tytułu była oczywista, że jeśli on się myli, to stawką jest jego własne życie. Kiedyś na jego uwagę, że on jest moim pierwszym takim chorym, który nie chce zażywać leków (wtedy jeszcze nie wiedziałem o pielęgniarce i sekcie), wspomniałem mu, że niestety podobną sytuację już przerabiałem z Małgosią. Dodałem również, że to coś jest we mnie, skoro ta sytuacja się powtarza.

W sobotę słuchałem audycji na Sielskich Falach „Poradnia Uzależnień” Jacka hazardzisty. W tamtą sobotę Jacek mówił o syndromie AlAnon (AlAnon jest to współ-uzależniona osoba, której mąż/żona, przyjaciel jest alkoholikiem). Mówił, że cechą AlAnonki jest ciągłe namawianie, naciskanie na męża, aby przestał pić i żeby poszedł na detox. Ale im bardziej taka żona naciska, z tym większym oporem się spotyka ze strony alkoholika. I tu mnie olśniło. Wszak dokładnie to samo ja doświadczam z Antkiem, tyle, że choroba jest nieco inna. Tak więc oprócz tego, że jestem DDD, żarłokiem, pracoholikiem, to okazało się, że jestem AlAnonem. No to już komplet, „full wypas” - jakby powiedziała młodzież.

Jakby było mało, to jeszcze mąż siostry za Wielkim Bajorem właśnie w ten czwartek miał operację prostaty z komplikacjami, bo po operacji dostał jeszcze skrętu kiszek.

No i przyszedł ten piątek. I pogrzeb. Wszystko szło nie tak. Nawet tramwaje stanęły z braku prądu. Na szczęście na mszę się nie spóźniłem. Potem poszedłem na cmentarz. Ja oczywiście na końcu, ale wreszcie podszedłem do byłej mojej żony i jej brata, przywitałem się i złożyłem im kondolencje. Wreszcie szwagier zaprosił wszystkich na konsolację, ale ja, pomimo, że chciałem się spotkać z Bartkiem, nie poczułem się zaproszony i już chciałem iść do autobusu, kiedy była moja żona podeszła do mnie i osobiście zaprosiła mnie na konsolację. Choć praktycznie nikogo tam nie znałem i okoliczność determinowała raczej sztywną atmosferę, to poszedłem na to przyjęcie. na którym na szczęście poznałem starego znajomego, z którym mogłem trochę porozmawiać podczas konsolacji, który podobnie jak ja, prawie nikogo nie znał.
W pewnym momencie jeden z uczestników stwierdził, że pracuje przy biologicznym oczyszczaniu ścieków. Zainteresowałem się tym i wspomniałem, że parę dni temu była międzynarodowa konferencja na ten temat, na której miałem prezentację. Na co on powiedział, że właśnie on był na tej konferencji i teraz już wie skąd zna moją twarz.
Wymieniliśmy się wizytówkami i okazało się, że jest on kuzynem Krystyny (już po wszystkim napisałem do niego maila, ale on nie odpisał; no cóż, niektórzy ludzie, co jest symptomatyczne, nie lubią odpowiadać na listy).

Przy pożegnaniu ponowiłem zaproszenie dla Bartka i jeszcze tego samego dnia, już po moim powrocie do domu Bartek zadzwonił i umówiliśmy się na następny dzień. W sobotę poszliśmy na cmentarz, na grób moich rodziców, pokazałem mu również anonimową figurkę Matki Boskiej Katyńskiej (którą ktoś tak ochrzcił jeszcze w PRL-u), przed którą pierwszego listopada od lat, zwłaszcza w okresie PRL-u, powstawał dywan zniczy. Potem poszliśmy na Starówkę, gdzie Bartek musiał kupić sobie tą tradycyjną zapiekankę, a potem po księgarniach, gdzie on nakupował dużo książek dla dzieci, a dla mnie książkę o Kuklińskim. Kupił mi również i zamontował kamerę Internetową, a także pomógł zainstalować Skype i Bloga, właśnie tego, którego czytasz. W niedzielę poszliśmy na Powązki, gdzie odwiedziliśmy tabliczkę pamiątkową dziadka rozstrzelonego w Katyniu, a także pomnik księdza Skorupki, naszego krewnego (moja babcia z domu była Skorupka). Wreszcie pogadaliśmy sobie o sprawach bolących. Interesujące, że w pewnym momencie Bartek zarzucił mi, że nie pisałem listów, co mnie zamurowało, jako że regularnie wysyłałem mu przynajmniej na Boże Narodzenie i urodziny kartki pocztą regularną i Internetową, co mu też przypomniałem. Na co on skwitował, że tylko dwa razy.., na co ja zapytałem: A ty..? Niemniej jednak rozmowa ta dała nam okazję do wyprostowania niektórych spraw i zauważyłem, że Bartek jest jakby bardziej dojrzały i bardziej rozumiejący, niż przed laty. Ale to jest osobny temat.

I tak dobiegły do końca te dwa burzliwe dwa tygodnie, a skutkiem tego było odnowienie się choroby wrzodowej dwunastnicy, co stało się powodem nieświeżego oddechu, jak zauważyła Monika, moja dobra znajoma. Nie dodałem, że jeszcze na początku tych dwóch tygodni odwiedziłem ją w szpitalu, gdzie wylądowała z powodu zapalenia uchyłka. Przez ponad tydzień karmili ją kroplówką.

No cóż, pomimo stosowania różnych doraźnych środków ziołowych, odezwała się trzustka. Wg Harrisona jeśli z lewej strony z tyłu pod żebrami boli, i nie jest to zapalenie nerki (co łatwo rozróżnić lekko uderzając w żebra rzekome, jeśli odezwie się to znaczy: nerka), to są tylko dwa wyjścia albo zapalenie trzustki, albo rak trzustki. Pamiętam Małgosia, mając te objawy, przez dwa lata była leczona na kręgosłup.
Wprawdzie u mnie nie było to ostre zapalenie, ale wskazywało, że jakiś zadawniony wrzód musiał pęknąć i krew zatykała ujście przewodu trzustkowego. Trwało to jakiś czas i wreszcie musiałem włączyć bardziej systematyczny reżim antybiotykowy, żeby ten chroniczny stan zapalny nie przekształcił się w coś gorszego. Trochę pomogło, choć nie wiem, czy do końca. Muszę jednak uważać, przynajmniej jakiś czas, bo z trzustką nie ma żartów.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Historia dwóch tygodni cz. III.

To był już wtorek 20 stycznia 2009. Po przyjściu do domu od Antka wieczorem zadzwonił kolega, że we czwartek jest międzynarodowa konferencja, na którą ja powinienem pójść i wygłosić prezentację (oczywiście po angielsku). Praktycznie został mi jeden dzień (środa) na przygotowanie. Ale przynajmniej z Antkiem trochę się ruszyło, więc się przygotowuję, pomyślałem. Ale wcale mi to nie szło, bo cały byłem w nerwach z powodu Antka, sekty, Kosmatego etc.

W czwartek poszedłem na tę konferencję. Miał być również Andrzej, ale nie przyszedł. W pierwszym dniu obrady odbywały się w sekcjach Fiz-Chem, Tox i Eco-Tox. Szkoda, że nie było jeszcze DeTox. Chociaż ja nie jestem pracownikiem IOŚ-u, i chociaż sercem mi było bliżej do Toxu, to jednak poszedłem na Eco-Tox. Choć kiepsko przygotowany, ale wygłosiłem tę prezentację, na której udowodniłem, że całe to międzynarodowe gremium nie reprezentuje najwyższego poziomu naukowego i delikatnie mówiąc nie orientuje się w literaturze. A ja przedstawiałem takie nowinki, jak osiągnięcia Warburga z 1930 roku (nagroda Nobla),


potem przeszedłem do tych „z ostatniej chwili” z 1998 roku, czyli sprzed 11 lat. Chciałem jeszcze trochę zawadzić o problemy Toxu, ale Niemka i Austriaczka zwróciła mi uwagę, że to nie jest tematem tej sekcji. W piątek na sesji plenarnej siedzę i widzę, że to po prostu „mielenie o niczym”, a że byłem trochę wyczerpany, więc nieco odpoczywałem. Przewodniczący sekcji Eco-Tox podsumował obrady sekcji i moje uwagi skwitował jednym zdaniem, po prostu nie zauważył doniosłości mojej prezentacji (może miał trudności z angielskim). W przerwie obrad, podeszła do mnie Niemka i powiedziała, że powinienem powtórzyć swoją prezentację na sesji plenarnej, na co ja zareagowałem, że nie chcę się narzucać, więc ona poszła do przewodniczącego sesji i powiedziała, że ja powinienem powtórzyć swoją prezentację. Przewodniczący nie miał wyjścia i wyszedłem ze swoją prezentacją i nowinkami, w których udowodniłem, że europejskie normy toksyczności są co najmniej 1000 krotnie za wysokie w stosunku do rzeczywistego poziomu toksyczności formaldehydu. Zagotowało się na sali, a jeden Austriak zaproponował zmianę klasyfikacji formaldehydu z trzeciej grupy rakotwórczości do pierwszej. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Dla mnie najważniejsze było to, że mnie musiała promować Niemka, a nie Polak, przewodniczący sekcji. Po prostu wstyd. Jak zwykle w Polsce tacy zakompleksieni ludzie powodują, że marketing polityczny, naukowy po prostu nie istnieje (weźmy np. Powstanie Warszawskie, czy rozszyfrowanie Enigmy, etc.). Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.

W niedzielę poszedłem do Puszczy, aby odparować.

Historia dwóch tygodni cz. II.

W pewnym momencie u Antka wystąpiły silne wymioty, nie mógł nic jeść, ani pić, tylko wymiotował. Trwało to około tygodnia. Zaczął mieć również problemy z wypróżnieniem, a także objawy choroby wrzodowej. Wieczorem wziąłem moją książkę do ręki, w której w jednym z rozdziałów omawiam homeostazę wapnia i m. in. przeczytałem. „Symptomy hiperkalcemii obejmują obstrukcja, mdłości, wymioty, anoreksja, choroba wrzodowa, poliuria, senność, przechodząca w słabość, depresję, letarg, otępienie i coma.” Wszystkie objawy Antka to objawy bardzo ciężkiej hiperkalcemii. Jednego objawu tylko nie miał: comy. Zadzwoniłem do niego i przeczytałem mu te objawy i powiedziałem, że daję mu dwa dni czasu do namysłu: sobotę i niedzielę na wyrażenie zgody, i w poniedziałek chcę go zarejestrować w Hospicjum. Rejestrację w Hospicjum proponowałem mu już chyba rok temu, ale bez skutku. Chyba się wystraszył, bo zaraz zadzwonił do Krystyny pielęgniarki, która ośmieliła się o 23.00 zadzwonić do mnie z pretensjami, co ja mu nagadałem? Nie wytrzymałem i powiedziałem jej, co ja o tym myślę.
W niedzielę późnym wieczorem zadzwoniła do mnie żona Antka (on już nie mógł mówić), że Antek na Hospicjum się zgadza, ale na Pamifos się nie zgadza. No i zaczęło się.

Poniedziałek, to był ten 19 stycznia (najgorszy dzień w roku). Z samego rana poszedłem do Hospicjum. Pytam o księdza, Basia mówi, że ksiądz pojechał z sierotami na kolonie. No tak, myślę, bez księdza to się Antka nie zarejestruje, wszak Antek jest spoza rejonu. Kosmaty miesza, pomyślałem. Przyszedłem do domu, a potem do Antka. Zadzwoniłem do Joanny (obecnie naczelny lekarz Hospicjum) i mówię, że Antek jest w ciężkim stanie hiperkalcemii, od tygodnia nic nie je i nic nie pije tylko wymiotuje, a za każdym razem odruchu wymiotnego pękają mu żebra i boli go to okropnie. Joanna mówi, żebym znalazł pielęgniarkę, i żeby pielęgniarka zadzwoniła do niej, to ona powie, co należy natychmiast podać Antkowi, prócz tego, żebym zadzwonił do Hospicjum i zgłosił wizytę następnego dnia rano. Zadzwoniłem do Ani (kochana z niej dziewczyna), chyba była już w drodze do domu, ale powiedziała, że się wróci do ośrodka, zadzwoni do Joanny i weźmie co potrzeba. Następny telefon był od Danusi. Znowu Kosmaty namieszał i Danusia (naczelna pielęgniarka) wszystko odwołała, że Antek nie jest z rejonu. A tu zrobiło się już późno, aby zadzwonić do rejonowego Hospicjum. Zadzwoniłem więc do Jacka i on obiecał, że przyjedzie do Antka następnego dnia. Tymczasem żona Antka poprosiła mnie, czy nie mógłbym przyjść jutro przed siódmą rano do Antka, to ona pójdzie po numerek do przychodni, aby dostać skierowanie do Hospicjum. Następnego dnia przyjechałem skoro świt, a żona poszła załatwiać skierowanie i zarejestrować go w rejonowym Hospicjum. O godzinie 14.00 przyszła lekarz z Hospicjum i po krótkim wywiadzie zorientowała się, że chory nie bierze leków. Ja nie wytrzymałem i w pewnym momencie powiedziałem, że w tym pokoju znajduje się Pamifos. Lekarka spytała więc, co my od niej oczekujemy. Dla mnie oczywiste było, że to pytanie do Antka, więc milczę. A Antek się odezwał, że on nie chce umierać. Lekarka wypisała receptę na 6 litrów kroplówek. Wziąłem tę receptę (wszak to 6 litrów więc za ciężkie dla żony) i biegam po aptekach i nigdzie nie mogę tego kupić. W końcu pomyślałem, że kroplówki dają w szpitalach, więc w aptece przyszpitalnej pewnie będą mieli. Pojechałem na Banacha i kupiłem prawie wszystko. Jedynie dwóch opakowań (z sześciu) furosemidu nie było na stanie i będzie jutro. Przychodzę z tym do Antka, a tu dwa sępy siedzą przy jego łóżku (a przecież on ledwo mówił, nie mówiąc już o bólu) i robią mu pranie mózgu. Zatrzęsło mną. Jedna z tych kobiet pyta mnie, czy uważam, że furosemid jest konieczny? Na co ja odpowiedziałem jej, że ja tu nie jestem od uważania i że jestem zmęczony, bo od dziesięciu godzin tu jestem i chcę trochę odpocząć.
Po czym wyszedłem.

sobota, 14 lutego 2009

Historia dwóch tygodni cz. I.

Dwa tygodnie i wrzody się odnowiły. Ale od początku.

Antka poznałem u Andrzeja, chyba były jakieś imieniny, czy coś. Potem okazało się, że Antek ma szpiczaka. Poszedłem do biblioteki i zasiadłem przy komputerze. Uf, nieciekawy rodzaj raka! Chociaż nowotwory nie są dla mnie nowością, w końcu jestem doktorem biochemii i kiedyś miałem propozycję zostania kierownikiem Zakładu Endokrynologii w Instytucie Onkologii, ale pomimo to, przeorałem całą najnowszą literaturę na ten temat. Cała współczesna medycyna konwencjonalna mówi: szpiczak jest nieuleczalny. Ale medycyna konwencjonalna bardzo wolno adoptuje osiągnięcia nauki.

Przykładem może tu być odkrycie Warburga z 1930 roku, za które dostał on nagrodę Nobla, odkrycie głoszące, że komórki nowotworowe oddychają inaczej niż normalne. W większości nowotworów do dziś nie znalazło to zastosowania w medycynie, chociaż wykorzystanie tego odkrycia prowadzi do wysokiej selektywności w terapii raka. Wyjątkiem jest terapia białaczki, w
której medycyna Zachodu bynajmniej nie zastosowała odkrycia Warburga, a raczej przejęła metodą terapii opracowaną w Chinach (!).

Stąd, aby pomóc Antkowi, moje poszukiwania bardziej specyficznego podejścia. Początkowo Antek był pod opieką Instytutu Hematologii i Transfuzjologii (IHiT). Podali mu VAD (Vinciristinum, Adriamycinum, Dexamethasonum). Niestety, ten przypadek szpiczaka okazał się oporny na tę terapię. Pamiętam dałem mu najnowszy artykuł na temat współczesnych metod leczenia szpiczaka, w którym jako podstawowy lek osłaniający kości sugerowano podawanie bifosfonianu. Wprawdzie Antek nie zna angielskiego, ale poszedł z tym artykułem do lekarza prowadzącego, w wyniku czego otrzymał bifosfonian (Pamifos), wprawdzie nie ten sugerowany przez artykuł, ale zawsze była to jakaś osłona kości. Pamiętam również, kiedyś odwiedziłem go w szpitalu. Już miałem wychodzić, kiedy przyszedł do niego lekarz i z rozbrajającą szczerością wyznał mu, że pacjenci tutaj to po prostu przeszkadzają w pracy naukowej. Powiedział to Antkowi, czyli pracodawcy (jako podatnikowi). Mnie zatkało, ale ze względu na Antka nie chciałem robić awantury.


Poprosiłem go o zrobienie analizy pierwiastkowej włosa i analizę krwi. Z analizy krwi wynikało, że poziom DHEA-S jest stosunkowo niski (217 mcg/dl), a poziom kortyzolu stosunkowo wysoki (624 nmol/l). Być może dlatego terapia VAD nie odnosiła skutku. Z analizy pierwiastkowej wynikało, że szlak insulinowy, odpowiedzialny z przeżycie komórek raka jest nadzwyczaj aktywny, co m.in. powoduje, że rak ma się dobrze (być może uszkodzony jest antyonkogen PTEN). Prócz tego szlak stanu zapalnego jest również konstytutywnie aktywny (CRP) i (OB 170), co powoduje aktywację m.in. interleukiny-6 (IL-6), zwanej niekiedy OAF (osteoclasts activating factor), czyli czynnik aktywacji komórek żernych kości. Stąd następuje rozpuszczanie kości (osteoliza). Prawdopodobnie (wynika to z doniesień literaturowych) również zaktywowany jest szlak kinaz MAP. Ponadto z analizy krwi wynika, że poziom całkowitego cholesterolu (489) przekracza wszelkie normy (200), a także LDLi (431,8) przy max. normie 135. Nic więc dziwnego, że u Antka pojawiły się pod oczami xanthoma, czyli takie żółte, nieco wypukłe plamki, będące depozytem nadmiernego cholesterolu. Niepokojący wszakże był poziom homocysteiny (15,3; przy maksymalnym poziomie referencyjnym wynoszącym 12), a także fibrynogenu (506,1, przy maksymalnej normie 350).

Po obejrzeniu wyników powiedziałem mu, że wyniki wskazują na wysokie ryzyko wystąpienia zakrzepicy żył głębokich i zaproponowałem mu terapię obniżającą tak wysoki poziom fibrynogenu i cholesterolu. Niestety Antek zignorował to i za dwa-trzy miesiące dostał zakrzepicy i wylądował w IHiT-cie. Po telefonie od niego, spytałem, czy w ciągu 6 godzin podali mu distreptazę. Niestety nie podano mu tego leku we wspomnianym okienku czasowym i skończyło się na Acenokumarolu. Spytałem, więc Antka, czy jest gotowy na wymianę zastawek sercowych, które będzie musiał wymienić po długotrwałym stosowaniu Acenokumarolu i pokazałem mu stosowny artykuł. Niestety czytanie bieżącej literatury w IHiT-cie nie jest popularne, a ostatnia praca w PUBMEDzie z tego oddziału była datowana na 1974 rok (no bo, jak się ma tylu pacjentów, to nie można przecież robić badań).

Na kolejną wizytę w IHiT-cie Antek nie poszedł, bo dostał jakiejś infekcji. Od tego czasu przestał chodzić do IHiT-u. Czas mijał, a żona Antka już wtedy wspomniała mi o niepokojącym zachowaniu Antka: Antek nie bierze leków. Mniej więcej po czterech miesiącach od podania Pamifosu w IHiT-cie wspomniałem Antkowi, że powinien powtórzyć kroplówkę z Pamifosu. Niestety moja uwaga pozostała bez echa. Nie chciałem być zrzędą, więc nie naciskałem zbytnio, ale podzieliłem się tym ze Stefanem, a on zmobilizował jeszcze Ewę i Henia i wszyscy zaczęli się modlić w intencji, żeby Antek zaczął brać leki. Prócz tego Lidka, moja siostra również zmobilizowała męża i jeszcze parę osób i po tamtej stronie oceanu również zaczęli się modlić w tej samej intencji. I stał się cud. Antek przez jakieś półtora miesiąca zaczął zażywać leki. Prawie wszystkie sugerowane przeze mnie z wyjątkiem Pamifosu. Nawet zrobił kontrolne badanie krwi i o dziwo wyniki znacznie się poprawiły, cholesterol spadł nieznacznie ale jakby wspomniane xanthomy zaczęły znikać (nawet Antek przyznał ten fakt), natomiast fibrynogen spadł z 506 do 365 (!) (norma 350), a nawet wskaźniki stanu zapalnego obniżyły się. Jednak Antek zaczął bagatelizować to, gdyż jakiś czas już znowu nie zażywał leków i zaczął wskazywać na to, że ta poprawa, to po prostu samo się goi. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co oznaczają jego słowa. Na szczęście żona jego przypomniała mu, że nie tak dawno zażywał leki całymi garściami.

W pewnym momencie, to było jakoś na początku listopada, Antek zakasłał i pękł mu mostek. W Hospicjum, w którym jestem wolontariuszem, mieliśmy jubileusz 10-lecia. Przyszło mnóstwo VIP-ów, ale również stawił się cały zespół. Podszedłem do Jacka i mówię mu, że Antek ma szpiczaka i zakasłał i pękł mu mostek, że chodzi mi o Pamifos. Jacek, naczelny lekarz Hospicjum, zareagował natychmiast. Poczekaj tu na chwilę - mówi – po czym pojawił się za parę minut z receptą na Pamifos i radą, „wiesz trzeba zbadać poziom wapnia we krwi, ja teraz jestem bardzo zajęty, więc zwróć się do Marty, ale jak ona nie będzie mogła, to ja stanę na głowie i przyjdę”. Wspaniały chłopak, z tego Jacka, pomyślałem, łzy stanęły mi w oczach, a „klucha” pojawiła się w gardle. Poleciałem do Apteki i już po południu miałem lek w garści. Już miałem zgodę Ani pielęgniarki, aby mu podać kroplówkę. Przychodzę do Antka, a on: NIE, przecież ja zdrowieję mówi. Już wtedy leżał w łóżku, ale jeszcze wstawał do ubikacji. Tłumaczę mu, że to było poważne ostrzeżenie, że pękł mu mostek, bo niech sobie wyobrazi, co by było jeśli by mu pękł krąg w kręgosłupie. Ale on był głuchy na moją uwagę. Za parę dni runął na podłogę w ubikacji, stracił czucie w nogach. Pomimo to poprosił mnie, abym przeczytał broszurkę Nowej Germańskiej Medycyny, wg której bez leków, a zwłaszcza Pamifosu, szpiczak sam się wyleczy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi, ale obiecałem mu, że przeczytam wywody Ryke Geerda Hamera. Czytając tę lekturę miałem nieodparte wrażenie, że mam do czynienia z sektą, co też następnego dnia szczerze Antkowi wyznałem. Okazało się jednak, że Krystyna, pielęgniarka, która do niego przychodzi jest wyznawcą tej sekty. Wszystko dla mnie stało się jasne. Antek jednak chciał konfrontacji jej ze mną. Kiedy przyszedłem i ona mi powtórzyła te brednie, że choroba sama się wyleczy bez leków, to spytałem ją grzecznie, czy ona choremu na cukrzycę podałaby insulinę, czy nie? Na co ona odpowiedziała, że z cukrzycy ona się nie przygotowała. Nie muszę dodawać, że kiedy się zorientowałem, kto tu steruje Antkiem, to mną zatrzęsło. A oto list, który posłałem do Antka, kiedy dla mnie stało się jasne o co chodzi. List ten zatytułowałem:

"Czy dopuszczasz molżliwość, że się mylisz?"

Kochany Antku,

Ja zawsze dopuszczam możliwość, że się mylę i dlatego sprawdzam. A Ty, czy Ty dopuszczasz taką możliwość, że się mylisz?

Nawiązując do książki „Walka duchowa” (którą pożyczyłem od Stefana, a którą pożyczyłem Tobie), wydaje mi się, że jesteś targany sprzecznym uczuciem: komu uwierzyć. Z tego, jak myślę, względu chciałeś konfrontacji pielęgniarki Krystyny ze mną. Jak widzisz nie unikałem takiej konfrontacji i jak może pamiętasz co najmniej trzy razy wykazałem jej ignorancję. Przypomnę:
przykład cukrzycy, problem witaminy B12 u wegetarian, a także czytanie ulotki z leku, w którym ona nie orientowała się jak się nazywają receptory serotoninowe (5-HT) (które ona przeczytała SHT) i co one robią, tzn. co to znaczy je zablokować (chciałbym Ci tu powiedzieć, że niedawne badania wykazały, że depresja powoduje, że mózg umiera). Nie wiem, czy pamiętasz, że pielęgniarka ta powiedziała, że np. problem leczenia cukrzycy ona sprawdzi. No i spotkałem się z nią drugi raz i czy ona nawiązała do tego problemu? Ja nie stosuję metody ścigania, zawsze daję człowiekowi możliwość wyjścia z twarzą, ale to po jej stronie jest udowodnienie, że podejście Hamera jest właściwe. Przyznam, że dla mnie nie jest przyjemne rozmawianie z „ignorantem, który wie lepiej”, ale nawet w tej broszurce, którą prosiłeś mnie abym przeczytał, jest napisane we wstępie, że:

"Niektórzy terapeuci po zaliczenie I-go stopnia seminarium zaczynają leczyć według GNM! Takie postępowanie jest po prostu nieodpowiedzialne, czy jest wręcz przestępstwem!"

Pozostawię Twojej ocenie postępowanie pielęgniarki Krystyny, nawet w świetle tej broszurki. Ale dlaczego w mojej ocenie jest to sekta. Ja znam, co najmniej jeszcze dwie podobne sekty: jedna to Świadkowie Jechowy, którzy zabraniają swoim wyznawcom przetaczania krwi, a druga to
amerykańscy Zielonopiątkowcy (nie myl z Zielonoświątkowcami), którzy zabraniają używnia wszelkich leków.

Ale wrócę do lektury broszury Hamera. Moja postawa jest taka, że ja nie kreuję się na Boga, wróżbitę, czy cudotwórcę. W miarę moich skromnych możliwości umysłowych, staram się poznać wiedzę i doświadczenie całej ludzkości, począwszy od Ayurvedy sprzed 5000 lat, aż po najnowsze osiągnięcia i jak może zauważyłeś, za każdym razem powołuję się na odpowiednie źródła. I pomimo, że wiem, że Ty perfekcyjnie nie znasz angielskiego, czy też biochemii, wielokrotnie dawałem Ci odpowiednie artykuły, a przez to dawałem Ci możliwość argumentacji w Instytucie Hematologii, w dyskusji z innymi lekarzami, czy nawet z Twoim kuzynem z Chicago. Wydaje mi się, że tak powinno się postępować, tzn. dawać kredyt każdemu, kto wniósł jakiś wkład w rozwój naszej wiedzy. Wydaje mi się, że oddanie kredytu odkrywcom, naszym „poprzednikom”, jest przejawem skromności, i przyznaniem, że się jest cząstką całej ludzkości, że moja wiedza składa się z tych niezliczonych odkryć całej ludzkości. Jeśli więc ktoś ignoruje „poprzedników”, to znaczy sam się kreuje na Wielki Początek Nauki, Wiedzę Objawioną, Guru, Boga, etc. i dlatego uważam to za sektę. Dla mnie jest to pycha, bez względu na poprawność, czy fałszywość danego stwierdzenia. A w wypadku „przejęcia” cudzego odkrycia i promowanie go jako własne, dla mnie jest po prostu kradzieżą.
Jeśli więc dany człowiek da się złapać w takie sidła Wielkiego Początku Nauki, łatwiej jest mu wmówić inne rzeczy, wszak Guru się nie myli. Tak zawłaszczony człowiek jest zniewolony, jest uprzedmiotowiony, lekceważony. Ot chociażby takie zachowanie pielęgniarki Krystyny z masłem Ghee. Może ja nie zauważyłem, ale czy ona spytała mnie lub Ciebie, czy może skosztować to masło, które ja przyniosłem? Oczywiście, że nie, bo po co pytać człowieka zniewolonego. Przyznam, że ja jestem bardzo wrażliwy na takie zachowanie i choć nie zareagowałem (być może powinienem), to poczułam się dotknięty. Poczułem od niej idącą w moją stronę negatywną energię, której wynikiem następnego dnia była indukcja „zimna” (opryszczki) na mojej wardze. Na szczęście, wiem jak reagować na takie zimno, więc szybko go zlikwidowałem. Niemniej jednak, ze względu na fakt, że szkodzi mi obcowanie z takimi ludźmi, chciałbym Cię prosić, abym nie musiał jej więcej spotykać. A jeśli byś doszedł do podobnego wniosku odnośnie samego siebie, to
pamiętaj:

jedno Twoje słowo i masz najlepszą opiekę pielęgniarską i lekarską w Warszawie.

Chciałbym Ci pomóc, ale widzę, że walka nie przebiega w sferze medycyny, biologii, wiedzy, czy logiki. Walka przebiega w sferze duchowej i widzę, że przegrywam tę walkę. Stąd być może w
okresach nasilenia się wsparcia i modlitw ze strony ludzi dobrej woli, takich jak Stefan, Ewa (chora na raka) i Henio (również chorego na raka), a także ludzi zza Oceanu, takich jak moja siostra, i innych ludzi, których o takąż prosiła moja siostra, czasami udaje mi się walkę tą przechylić na moją (a raczej na Twoją) stronę, ale jest to tylko czasami. Myślę również, że walka ta przebiega również w Tobie. Po prostu nie wiedziałeś komu zaufać, w co uwierzyć i dlatego prosiłeś mnie o konfrontację. Ale jak może zauważyłeś ze mną nie jest łatwo wygrać na polu wiedzy, nauki. Inaczej wygląda sprawa na polu walki duchowej. Ja miałem kolegę w pracy, którego sekta zmusiła do scedowania domu na rzecz tej sekty i po prostu wyrzuciła go z własnego domu! Został bezdomnym z dwoma walizkami rzeczy osobistych.

Przepraszam Cię za ten list, być może gorzki, ale musiałem to wyrazić, aby się uwolnić, aby wybaczyć Krystynie, i choć jest to dla mnie bardzo trudne, aby zaakceptować, pomimo, że się nie zgadzam.

Pozdrawiam i życzę powrotu do
zdrowia.

Twój przyjaciel,

PS. Negowanie stosowania morfiny w celach paliatywnych uważam za zbrodnię.

Jeszcze dwa słowa o Hamer'ze, które znalazłem w Internecie:

Germańska Nowa Medycyna„Spisek żydowski ukrywał przed ludzkością metodę »naturalnego« leczenia nowotworów” – twierdzi niemiecki lekarz Ryke Geerd Hamer. Metodę nazwał Germańską Nową Medycyną i zarabia na niej krocie. Namawia pacjentów do rezygnacji z normalnego leczenia i do terapii siłą ducha. Według najnowszych danych, liczba ofiar śmiertelnych sięga już prawie 150. Szczęście miała sześcioletnia Austriaczka Olivia Pilhar, chora na raka nerki. W 1995 r. jej rodzice, fanatycy metody, zostali pozbawieni praw rodzicielskich za odmowę leczenia dziecka. Wówczas porwali córkę do Hiszpanii, by tam kontynuować „germańską terapię”. Tymczasem guz nowotworowy urósł do wagi kilku kilogramów. Po interwencji samego prezydenta Austrii, dziewczynkę sprowadzono do kraju i uratowano.

Germańska Nowa Medycyna jest reklamowana również w Polsce. Ilu ciężko chorych pacjentów dało się oszukać? W kwietniu 2007 r. entuzjastyczny artykuł o metodzie wydrukował „Miesięcznik Politechniki Warszawskiej”, a autorem był... Jędrzej Fijałkowski, redaktor sensacyjnego pisma „Nieznany Świat”.

[
edit]
Biography
Ryke Geerd Hamer was born in Düsseldorf-Mettmann (Germany) in 1935. He received his high school diploma at age 18 and started medical and theological studies in
Tübingen, where he met
Sigrid Oldenburg, a medical student who later became his wife. At age 20, he passed the preliminary examination in medicine, married a year later, and completed his theological examinations at 22. A daughter was born to the young family and a son, Dirk. In April 1962 Hamer passed his medical state examination in
Marburg and he was granted a professional license as a doctor of medicine in 1963. According to Hamer himself, there followed a number of years at the University Clinics of Tübingen and Heidelberg. In 1972, Hamer completed his specialization in internal medicine. He also worked in several practices with his wife. He patented several inventions[2].
In 1978 the loss of his son Dirk led Hamer to develop his "Germanic New Medicine" (GNM) which led to legal complications. Hamer's license to practice medicine was revoked in 1986 by a court judgment in
Germany and this reconfirmed in 2003. As he continued to treat patients, Hamer was investigated several times on allegations of malpractice and the death of patients.[3] He was jailed for 12 months in Germany from 1997 to 1998, and served a prison term from September 2004 to February 2006 in Fleury Merogis, France on counts of fraud and illegal practicing. He subsequently lived in exile in Spain until March 2007, when he allegedly moved to Norway[2][4]. The Swiss Cancer League of Swiss Society for Oncology, Swiss Society for Medical
Oncology and Swiss Institute for Applied Cancer Research observe that no case of a cancer cure has been published in medical literature nor any studies in specialised journals. Reports in his books "lack the additional data that are essential for medical assessment" and investigation presentations at medical conferences "are scientifically unconvincing".
[1]

Christian Science, a religious sect originating in the United States which believes disease is a sign of a spiritual problem, and has been similarly accused of causing deaths by withholding traditional medical treatment.
Scientology, a religious movement established in 1954, that recommends thorough sychotherapeutic measures that shall locate psychological traumas in order to avoid cataclysmic damage

Pozdrawiam,


środa, 11 lutego 2009

Tak to się zaczęło..cd.

Drogi Jurku,

W rzeczywistości te pól roku było bardziej dramatyczne, niż ci opisałem. Nie wspomniałem ci, że mniej więcej w sierpniu, kiedy Małgosi postawiono diagnozę, ja sam miałem zapalenie trzustki. Po prostu pękł wrzód na dwunastnicy, który zalał krwią i zatkał przewód odprowadzający sok trzustkowy. Ale jak się domyślasz, w sytuacji kiedy Małgosia miała raka trzustki, różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy. Nie wiem, czy miałeś takie doświadczenie, ale na biegu i w bólu dowiadujesz się, gdzie jest i jaki ma kształt trzustka. Miałem wrażenie, że jakaś ryba się dostała do mojego brzucha i się trzepocze.

Normalny człowiek ląduje w szpitalu i zaczynają go żywić kroplówką.. Nie, nie byłem u lekarza.. Ja na taki luksus nie mogłem sobie pozwolić, wszak Małgosia potrzebowała pomocy, a ja byłem tą osobą, którą ona poprosiła. Nie mogłem odmówić.
Zacząłem od wody, wypiłem 2-3 litry ciepłej wody, zażyłem Ventrisol, żeby zatkać wrzód, po czym zaparzyłem piołun (działa rozkurczowo na zwieracz Oddiego, na brodawce Vatera, a przez to przywraca drożność przewodu trzustkowego i żółciowego), a po jakimś czasie zjadłem ryż. Kurację tę powtarzałem cały tydzień, potem do ryżu dodałem masło.
Doszły bóle w podbrzuszu, flatulencje. Powiększyły się i zaczęły boleć węzły chłonne w pachwinach i pod pachami. Doszło zapalenie stawów i powięzi w przedramieniu i podudziu. Pamiętam pewnego ranka się obudziłem ze zdrętwiałą prawą ręką, od barku do końca palców, była całkowicie zimna, jakby nie moja (zawał ręki?..).
Zażyłem 400 mg witaminy PP (przeciwzapalna). Ugotowałem mrożone czarne jagody (przeciwbakteryjne i uszczelniają naczynia), do tego Czosnek z lukrecją (przeciw grzybom, bakteriom i wirusom, uszczelnia błony komórkowe i poprawia stan śluzówki, dobra na wrzody). Po miesiącu przerwy wróciłem do witamin i minerałów Daily. Zacząłem również pić chmiel ze skrzypem i liśćmi brzozy (przeciw-bakteryjnie, przeciwzapalnie, przeciw-nowotworowo i na układ immunologiczny). Poszedłem do apteki i kupiłem escynę (uszczelnia naczynia krwionośne), do tego, oprócz Daily zacząłem zażywać naturalną witaminę C (AcerolaC) potrzebną do syntezy kolagenu. Zacząłem zażywać również glukozaminę, Arthryl. Potem zacząłem jeść gotowaną rybę morską, mintaja, z warzywami i kurkumą (przeciwzapalna i przeciwnowotworowa). Po paru miesiącach wróciłem częściowo do soczewicy z kurkumą, cebulą i czosnkiem. Do tego tran, wapń, chrom organiczny (żeby nabrać ciała) i cynk (na gojenie).

Tyle książki kucharskiej (szczegóły przy okazji). Schudłem cztery kilogramy, po prostu wieszak na ubranie, ale przeżyłem. I chociaż tak naprawdę nie wiem, co mi było, tym razem się udało. Małgosia miała mniej szczęścia.. Jak się domyślasz wszystko to robiłem w przerwach, kiedy byłem w szpitalu z Małgosią.

Tyle narazie. Pozdrowienia,

poniedziałek, 9 lutego 2009

Tak to się zaczęło..

Cześć Jurek,

3 listopada 2002, niedziela, wróciłem ze szpitala. Byłem odwiedzić Małgosię. Wchodzę - nie ma łóżka, na którym leżała jeszcze wczoraj!!! Może pomyliłem pokoje, wychodzę, sprawdzam, w porządku pokój 422. Biegnę do lekarza dyżurnego (wszak to niedziela)… tak - mówi - umarła…

W zasadzie dla mnie to była osoba obca, ale ponieważ poprosiła mnie, żebym ją reprezentował wobec lekarzy, odwiedzałem ją dosyć często. Ot, takie prywatne hospicjum. Ktoś, parafrazując nazwę ”lekarz pierwszego kontaktu” (taki polski odpowiednik kanadyjskiego GP) nazwał hospicjum lekarzem ostatniego kontaktu.
Zaczęło się to jeszcze na początku sierpnia, kiedy USG, a potem tomografia komputerowa wykazała raka trzustki z przerzutami do wątroby. Małgosia została wyznaczona na operację. Otworzyli i zaszyli, wzięli tylko wycinki. Potem oddział onkologiczny, chemia.. Gemsar (2',2'-difluoro cytydyna, po prostu prymitywna trucizna; mając świetne leki przeciwnowotworowe, wciskają Polsce takie g..). Wzięła chyba ze trzy chemie.. W następny wtorek lekarz już nie chciał jej dać.. za słaba.

Pamiętam w poczekalni, już ubrani czekamy na kolegę, który miał podwieść ją samochodem. Małgosia na wózku inwalidzkim, skurczona, nic nie mówi. Obok mnie siedzi starszy, dosyć potężnie zbudowany mężczyzna. Jego żona bierze chemię. Próbuję nawiązać rozmowę. Nagle Małgosia zaczyna krzyczeć. Łapie nerwowo torebkę wyciąga morfinę i zażywa. Prosi, żebym ją zawiózł do łazienki. Wyszedłem na korytarz, wszak jestem mężczyzną. Nagle słyszę krzyk Małgosi: - pomocy. Ciarki wystąpiły mi na plecach, pędzę do środka, Małgosia leży na podłodze, a na niej wózek. Doprowadziłem całość do porządku. Wybiegłem, żeby znaleźć lekarza, który zaordynowałby zastrzyk szybkodziałającej morfiny. Wpadam do pokoju lekarzy, nie ma nikogo, pędzę do pielęgniarek. Bez dyspozycji lekarza nie mogę dać zastrzyku, przecież to nie jest pyralgina.. - słyszę od pielęgniarki. Lecę na drugi koniec szpitala, spotkałem innego onkologa i proszę o dyspozycję dla pielęgniarek. Dobrze, zaraz zadzwonię.. słyszę. Ulga..

Jest już Sławek z samochodem. Za tydzień, w poniedziałek Małgosia poprosiła mnie, żebym przyjechał do niej do Sulejówka. Była bardzo słaba. Już wtedy leciała na morfinie, a nawet na silniejszym fentanylu. Spytałem jej, czy nie chciałaby, żebym załatwił hospicjum domowe? Zgodziła się i poprosiła, żebym zadzwonił do szpitala na Banacha, że nie da rady przyjść jutro we wtorek na chemię.. w czwartek.. wychodzę, w progu Małgosia krzyczy - w czwartek nie dam rady.. za tydzień, we wtorek.. Ale nastepnego wtorku już nie było…

Zaraz po odwiedzinach u Małgosi w ten poniedziałek poszedłem do hospicjum, żeby załatwić jej wizyty lekarza i pielęgniarki tzw. hospicjum domowe, poszedłem do nich (znajdują się przy kościele u Marianów, na rogu Szwedzkiej i Wileńskiej i zacząłem rozmawiać. Po prostu szok. To są zupełnie inni ludzie. Wobec morza chamstwa, arogancji i agresji otaczającej nas w Polsce, to jak moja znajoma (mająca podobne doświadczenie) powiedziała, ludzie ci, to po prostu chodzące anioły. Przecież ja nie miałem żadnego dokumentu, nawet nie przedstawiłem się (byłem wzburzony i zapomniałem) i nie było z tym żadnego problemu, żadnych zbędnych pytań. Po prostu: gdzie chora mieszka? A.. w Sulejówku, w porządku, jutro pojedziemy, udzielimy pomocy, ustawimy przeciwbólowo. Żadnych pytań, dowodów osobistych, dokumentów, pieniędzy,.. nic, po prostu przyjęli zgłoszenie, lekarz wraz z pielęgniarką pojechali i świadczyli posługę dla chorego.
Piątek wieczór, Zaduszki. Telefon od mamy Małgosi (ma 90 lat), że był lekarz i zarządził natychmiastowe pogotowie, które zabrało Małgosię na Banacha na chirurgię.. W sobotę rano poszedłem ją odwiedzić. W ciągu 5 dni tak się zmieniła, że ledwo ją poznałem. Pytam lekarza.. A pan to kto? - spytał. - Kuzyn - mówię (tak się umówiłem z Małgosią). - To ja nie wiem, czy mogę z Panem rozmawiać. Poszedł, zbudził Małgosię i po uzyskaniu zgody, powiedział, że przywieźli ją w stanie śmierci klinicznej, ale ją reanimowali. Poszedłem do niej i próbowałem rozmawiać. Prosiła, żebym pomógł jej usiąść. Wsadziłem rękę pod poduszkę i powoli podniosłem, była bardzo słaba, po prostu lała się przez ręce, bałem się, że spadnie i uderzy się w ścianę.. Ona też to zauważyła, więc powoli położyłem ją z powrotem.

W niedzielę o czwartej rano już nie żyła. Zaczekałem na mamę. Powstał problem, że mają grób na cmentarzu Ewangelickim, a mama chce księdza i pogrzeb katolicki. Skąd wziąć księdza, żeby odprawił mszę pogrzebową w kaplicy cmentarza Ewangelickiego. Znowu poszedłem do hospicjum. Znowu nie było problemu. W porządku, w środę o 12.00 będzie msza… Przecież ja jestem nikt. I to nie miało żadnego znaczenia.. Parę lat temu towarzyszyłem w ostatniej podróży mojej mamie. W styczniu odprowadziłem Danusię. Dziś Małgosię. Ludzie odchodzą, lub jak to powiedział jeden autor piosenek: wracają.

Patrząc wstecz dziś jestem wdzięczny tym trzem kobietom (mojej mamie, Danusi i ostatnio Malgosi), które dały mi ten wielki przywilej towarzyszenia w ich ostatniej podróży. Wierz mi Jurku, takie doświadczenie zmienia ludzi, zmieniło i mnie. Czy chcesz, czy nie, stajesz się nowym człowiekiem. Jeśli widziałeś film pod tytułem ”Shadwlands” z Anthony Hopkins i Debra Winger, to wiesz o czym mówię.

To tak w skrócie. Prosiłeś, żebym Ci trochę napisał szczegółów, więc napisałem.
To tyle, już listopad, chłodno, deszcze, spadł już pierwszy śnieg. Idzie zima.
Pozdrowienia,

niedziela, 8 lutego 2009

Krok drugi


Krok drugi:
Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.

Dla porządku wspomnę, że w kroku pierwszym przyznajemy, że jesteśmy bezsilni wobec skutków alkoholizmu lub innej dysfunkcji rodzinnej, że przestaliśmy kierować swoim życiem. Tak brzmi oficjalna wersja, niemniej jednak zamiast alkoholu, czy dysfunkcji, ja bym umieścił moje chore emocje. W swoim czasie, byłem gotowy przyznać nie tylko że jestem bezsilny, ale byłem gotowy przyznać, że jestem żyrafą, jeśli tylko ktoś zapewniłby mnie, że to mi pomoże. Jeśli nie jesteś w stanie zaakceptować pierwszego kroku, to poniższy tekst nie jest dla ciebie. Ale wróćmy do kroku drugiego.

Krok drugi jest mi szczególnie bliski. Dla mnie całe zdrowienie jest odchodzeniem od miłości rodzicielskiej przenoszonej na współmałżonka do wyższego poziomu miłości zwanej agape, a więc partnerstwa. Zacytuję tu definicję agape. Otóż jest to miłość, w której szczęście i bezpieczeństwo partnera traktuję na równi ze swoim własnym. W zasadzie jest to wyrażenie innymi słowami biblijnego „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”.
W miłości rodzicielskiej szczęście i bezpieczeństwo dziecka traktuję wyżej niż moje szczęście i bezpieczeństwo i jeśli przenoszę taką miłość na partnera, to jest to uzależnienie, omotanie, etc.
Jeśli dziecko potrzebuje buty a matka sukienkę, to kto wygra? Oczywiście, dziecko otrzyma buty. Jeśli ta sama osoba przeniesie ten sposób postrzegania siebie w relacjach z małżonkiem, to taką postawę możemy nazwać współ-uzależnieniem, którą reprezentuje AlAnon, kobieta bluszcz (owijająca się wokół męża) etc. Typowo jest to kobieta (choć nie zawsze), która we własnym obrazie świata nie widzi siebie samej.


Pamiętam rozmowę z pewną osobą, która bez przerwy mówiła o swoim mężu używając zaimka „on”. W pewnym momencie poprosiłem ją, aby każde zdanie zaczynała od zaimka „ja”. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, po czym tak jakbym nic nie mówił, kontynuowała rozmowę używając zaimka „on”. W domyśle prośbę moją potraktowała ze zdziwieniem, jako nierealną, no bo jak można mówić o kimś (tzn. „o sobie”), kto nie istnieje (w swoim własnym obrazie świata)?

Niemniej jednak partnerstwo narzuca istnienie drugiej osoby z jednej strony, a także istnienie czegoś, jakiegoś celu, w czym realizowałoby się to partnerstwo. Celu, do którego solidarnie dążyłbym zarówno ja, jak i mój partner.
Pamiętam Jacek w programie radiowym „Poradnia Uzależnień” zwrócił uwagę na liczbę mnogą kroku drugiego. Nie brzmi on uwierzyłem, tylko uwierzyliśmy, a więc mamy tu do czynienia co najmniej z dwoma osobami. Stąd partnerstwo. Partnerstwo, które rozumiem jako realizacje jakiegoś większego, wspólnego celu, którego ja sam nie jestem w stanie zrealizować. Stąd cel, którego realizacja przerasta moje siły, staje się tą siłą większą ode mnie, albo od nas samych. Inaczej mówiąc partnerstwo rozumiane jako wspólnota pracy, trudu w realizacji celu, przerastającego moje własne, pojedynczego człowieka, możliwości.
Weźmy taki przykład, zapraszamy znajomych do nas na obiad. Ustalamy cel: obiad i datę: czwartek godzina 17.00. To zostało domówione w gronie czterech osób. Jednak realizacja, przygotowanie tego obiadu będzie się odbywać w partnerstwie nas dwojga tzn. mnie i partnera. Następuje podział obowiązków ja kupuję kartofle i śledzie, a ty zajmiesz się upieczeniem ciasta i związanych z tym zakupami. Ja posprzątam pokój, a ty łazienkę etc. Mamy cel, mamy konkretną datę. Realizujemy wyznaczony cel wspólnie. Nie ma tu miejsca na kłótnie, czy zwracanie uwagi. Wiadomo, że musimy to przygotować, bo zdecydowaliśmy się na realizację tego celu. Czy patrzymy jedno na drugie? Absolutnie nie!!! Oboje patrzymy na nasz wspólny cel, aby go zrealizować. Nie ma czasu na grymasy, oglądanie się na siebie, bo mamy rozsądną datę na to przygotowanie i co więcej, oboje cieszymy się, że przyjdą goście, których bardzo lubimy i oboje chcemy, aby to przyjęcie wypadło wspaniale. Krótko mówiąc nasz wspólny cel przysłania nasze niedostatki i stanowi spoiwo naszego wspólnego działania. Działania, które niepostrzeżenie nas zbliża do siebie.

To było w czwartek o godzinie 17.00. A co będzie jeśli termin jest bardziej odległy? Na przykład za dwa, czy pięć lat? A co będzie jeśli wyznaczymy cel za 20-30 lat, czy możemy być tak precyzyjni? Okazuje się, że im bardziej cel jest odległy, tym mniej precyzyjnie możemy ustalić datę realizacji. Staje się ona bardziej płynna. Co więcej, tak odległy cel musimy rozbić na podetapy realizacji, a więc wyznaczyć plan, drogę dojścia do tego celu.
Spróbujmy jednak ekstrapolować to moje rozumowanie i poszukać granicy w nieskończoności. Jeśli spytamy o bardzo długi okres, np. nieskończoność, to co będzie tym celem? Czy to będzie Siła Większa ode mnie, jak mówi drugi krok? Jaka wobec tego to będzie Siła? Ale rozważania te wchodzą już w krok trzeci, więc na razie pozostańmy przy kroku drugim.
Inaczej mówiąc cel jest niejako nie tylko większy ode mnie, ale jest również większy od partnera. Mało tego, cel jest nie tylko większy ode mnie, ale również i bardziej pierwotny. Wyobraźmy sobie, że mam zrobić stół. Czy do wykonania tego stołu jako partnera będę szukał tancerza/tancerki? Nie, poszukam stolarza, a raczej to wspólny cel przyciągnie partnera. Jeśli najpierw poszukam partnera, a później spróbuję wyznaczyć cel wspólny, to zaczynam grę zwaną przeciąganiem liny. A dlaczego ten twój cel ma być lepszy od mojego. Dlaczego mamy robić właśnie to? Pamiętam, kiedyś miałem takie doświadczenie, że proponowałem jakiś cel, potem drugi i potencjalny partner wysunął powyższe pytania, na co ja spytałem, żeby potencjalny partner zaproponował jakiś nasz wspólny cel i ku mojemu zdziwieniu osoba ta stwierdziła, że ona nie ma celu i nie jest w stanie zaproponować żadnego wspólnego celu, ale nie zgadza się na moje cele. Jak widać to sam cel musi przyciągnąć partnera, a nie na odwrót.

Czy wobec tego jest możliwe, aby np. współmałżonek przyłączył się do projektu realizowanego przez jedną ze stron? Odpowiedź brzmi: tak, ale jest to bardzo rzadkie, wymaga dużego wysiłku, aby przekonać „współmałżonka-obserwatora”, ale kiedy się pojawią pieniądze z takiego projektu, to przy pewnym poziomie tychże, partner na ogół się przekonuje. Powstaje pytanie jednak, czy stać mnie na taki wysiłek, czy mam na tyle sił i samozaparcia, aby w trudnym, początkowym czasie projektu, nie zrezygnować z projektu, lub współmałżonka, i „iść w zaparte”, „pod prąd”, aby w końcu osiągnąć sukces. Dodam, że życie pokazuje, że nawet przy takim scenariuszu, dla rzeczy wielkich, dla agape i tak potrzebuję partnera, ale poszukam go poza małżeństwem, a to stawia pod znakiem zapytania samo małżeństwo. Jak pokazuje życie, często tak postawiona sprawa weryfikuje jedno, albo drugie.

Jak wyznaczyć sobie cel? Cel, który byłby większy ode mnie i dla realizacji którego będę potrzebował partnera? A to jest już zadanie na następne spotkanie.

piątek, 6 lutego 2009

Zdolność płatnicza i ekwiwalentność

W „Dzienniku” z dnia 2009-02-06 czytamy:

"ZUS nie ma pieniędzy na świadczenia
Gigantyczna dziura w emeryturach
To już pewne: na renty i emerytury państwu zabraknie w tym roku nawet 12 mld zł. Ministerstwo Finansów uspokaja, że ZUS nie wstrzyma wypłat. "Będziemy nowelizować budżet" - zapowiada wiceminister Maciej Grabowski."

Skąd się wzięła ta dziura? Przecież miało być tak cudownie. Wszak rząd Buzka-Balcerowicza z podszeptu Marka Góry zreformował ZUS, wprowadzając haracz, czyli obowiązkową składkę na ZUS, która, wzorując się na Chile (szkoda, że nie na Somali), miała jakoby uzdrowić ZUS, oddzielić ZUS od budżetu Państwa, uzdrowić budżet etc. I co z tego wyszło?
Śmigło!
A gdzie się podziała ta pani, co to na rogu smażyła placki kartoflane? Ile ona musiałaby usmażyć placków, aby zapłacić 950 zł składki ZUS? Nic więc dziwnego, że po uchwaleniu tej ustawy w Urzędzie Skarbowym, WUSie i ZUSie pojawiły się tłumy ludzi likwidujących biznesy.
Jedna ustawa i 3 milionowe bezrobocie, a po otworzeniu granic UE 2 milionowa emigracja, emigracja młodych, najbardziej przedsiębiorczych ludzi, którzy zagłosowali nogami. Więc kto miał płacić te składki? Emeryci, którzy pozostali w kraju?
A dziś mamy to, co mamy, czyli GIGANTYCZNĄ DZIURĘ W EMERYTURACH. Bo panowie Buzek, Balcerowicz i Góra, wychowani w PRLu dalej myślą kategoriami wielkich socjalistycznych budów, hut, stoczni, etc. jako podstawy gospodarki i nie wiedzą, że podstawą każdej gospodarki jest „small business”, jedno-dwuosobowy, który właśnie jedną ustawą zniszczyli. Totalitarne myślenie tych panów i reszty posłów uchwalających tę ustawę, milcząco założyło, że ludzie nie myślą, więc trzeba im pomóc i zmusić do oszczędzania na emeryturę. Chciałoby się zacytować sławne słowa, że „Rząd się wyżywi”.
Są takie dwa pojęcia „ekwiwalentność” i „zdolność płatnicza”. Panom posłom uchwalającym tę ustawę wszystko to się pomyliło, bo panowie profesorowie Buzek, Balcerowicz i Góra wytłumaczyli im, że tak będzie lepiej.
Teraz proponuję zatkać tę dziurę majątkiem tych wszystkich, którzy taką ustawę uchwalili.

Na koniec chciałbym się skromnie zapytać, czy są jakiekolwiek korzyści z tej ustawy? Może ktoś by mi to wytłumaczył.

czwartek, 5 lutego 2009

Kartki na cukier, wódkę, witaminy...

Szczytowym osiągnięciem systemu totalitarnego w PRL był wynalazek kartek na cukier, wódkę, mięso, mydło, proszek do prania itd. System ów zmuszał również do alkoholizmu, jako że wśród kartek, był również przydział na wódkę. Obecny, chory system totalitarnej służby zdrowia doszedł już do podobnego absurdu i wymyślił nie tylko kartki(recepty) do apteki, ale również wpisywanie numeru pesel na recepcie, łudząc się, że zaoszczędzi na tym pieniądze, że zapobiegnie wyciekowi pieniędzy na Viagrę. Z doświadczeń PRL wynika, że wprawdzie to nie działa i musi upaść, ale na wszelki wypadek chory system wymyślił podwyższenie kosztów kontroli przez wpisywnaie numeru PESEL. No tego, to już by nie wymyślili nawet najlepsi autorzy teatru absurdu. Co za finezja, jaki High-Tech? Mam nadzieję, że te wszystkie programy komputerowe staną się hitem na międzynarodowym rynku i trzeba będzie zaangażować specjalny sztab do ochrony przed piractwem tego cudeńka. Po prostu duma mnie rozpiera, że tu nad Wisłą takie mądre rzeczy wymyślono. Musimy nauczyć tych troglodytów, ten motłoch z Hiszpanii, czy nawet z pobliskiej Ukrainy, gdzie nie ma kartek do apteki, jak prawidłowo należy zorganizować ochronę zdrowia. Wszak tam śmiertelność spowodowana nadużywaniem leków jest zatrważająca i trzeba im pomóc.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Pszczoły i polityka

Pszczoły roją się w dwóch przypadkach: (i) kiedy jest dobrze, dużo pożywienia etc. wtedy pszczoły roją się w celu rozszerzenia swojego gatunku na nowe terytoria, ale pszczoły roją się również w sytuacji kiedy jest źle, kiedy w okolicy nie ma dość pożywienia. Są to roje głodowe, które mają na celu uratowanie gatunku przed zagładą.

Jeśli dwa milony Polaków ostatnio wyemigrowało na Zachód, to moje pytanie jest, czy to ze względu na dobrobyt, czy jest to emigracja głodowa. Chciałbym to pytanie zadać panu Markowi Górze, Leszkowi Balcerowiczowi i Jerzemu Buzkowi pomysłodawcy i wykonawców chorego podatku pogłownego, który nazywa się obowiązkową składką na ZUS. Pamiętam ten okres, co się działo w urzędach dzielnicowych, skarbowych, statystycznych, masowa likwidacja działalności gospodarczej. Czy o to chodziło tym panom? Żeby zniszczyć polską gospodarkę i wprowadzić 3 milionowe bezrobocie?
Chciałbym również zadać autorom tego eksperymentu pytanie jakie były cele tej reformy i czy te cele zostały osiągnięte. Np. czy budżet państwowy został oddzielony od budżetu ZUSu? A jeśli nie to po co był ten eksperyment. Dla mnie wspomniani ludzie zasługują na postawienie ich przed Trybunałem Stanu, jako że w wyniku ich chorych eksperymentów Polska starciła w warunkach pokojowych 2 miliony ludzi. Jeśli są ludzie, którzy domagają się postawienia przed sądem wykonawców stanu wojennego, to Góra-Balcerowicz-Buzek również powinni stanąć przed sądem.

W każdym państwie gospodarka nie opiera się na ogromnych firmach typu General Motors, czy Toyota, ale na małym biznesie, często rodzinnym, a nawet jednoosobowym, który jest solą gospodarki. U nas słyszę wyłącznie o wielkich, chciałoby się powiedzieć socjalistycznych, inwestycjach typu Nowa Huta. I czy to jest ekipa Buzka-Balcerowicza, czy Millera-Belki, czy to wypowiada się Gronkiewicz-Walz, wszyscy mówią o inwestycjach i nikt nie mówi o wzroście zrównoważonym.

A skutkiem tego jest właśnie emigracja najbardziej przedsiębiorczych ludzi, a także zamienienie Polski w republikę bananową. Wszak niedawno w radiu podano, że z każdego miliarda dolarów zainwestowanych w Polsce, wypływa z Polski około 0,8 milirada dolarów, czyli praktycznie Polacy zostali zdregradowani do wyrobników dla innych nacji, podobnie jak to się dzieje np. w bogatej skądinąd Nigerii.

Emigracja to choroba, i wypędzanie ludzi z ich własnego kraju jest zawsze złem i nie ma znaczenia czy to ze względów politycznych, czy ekonomicznych. Niestety doczekaliśmy czasów „Naszej Szkapy” i to w 21 wieku. A między innymi Polskie Radio zajmuje się jakimiś sprawami przyczynkarskimi, zamiast zastanowić się nad prawdziwymi przyczynami, czyli nad italianizacją kraju. Jak może starsi ludzie pamiętają, że od wojny we Włoszech dzięki ordynacji proporcjonalnej było ze 200 rządów, a wszystko stawało się polityczne, nawet ostrygi, które były zarażone cholerą. I wszystko się zmieniło wraz z wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych. Ale Polskie Radio woli się nie narażać i dalej robi audycje o charakterze przyczynkarskim, plotkarskim, zamiast edukować, dochodzić do prawdziwych przyczyn np. strajku pielęgniarek i mobilizować opinię publiczną w kierunku zmiany ordynacji.

Sam byłem emigrantem i przez prawie 10 lat pracowałem na uniwersytecie w Kanadzie, a po przyjeździe do Polski, z powyższych przyczyn, czuję się niepotrzebny, więc proszę nie używać argumentów, że jak „oni” (czytaj: ci co wyemigrowali) wrócą to będzie dobrze.. Żeby było dobrze, to „oni” muszą widzieć przyszłość tutaj, a tu jej niestety nie widać.

TOTALITARYZM A LEWICOWOŚĆ

2009-02-02


Człowiek jest istotą społeczną i z tego wynika, że jest jednocześnie jednostką i zbiorowością. Ponieważ często interes jednostkowy i zbiorowy są sprzeczne, wewnątrz każdego z nas istnieje permanentny konflikt wynikający z faktu, że przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji musimy podjąć decyzję, który interes będziemy teraz reprezentować. Co więcej nie da się raz na zawsze ustalić jakimi interesami będziemy się kierować w podejmowaniu decyzji: jednostki czy zbiorowości.

Przyjmijmy, że

orientacja pro-jednostkowa jest opcją prawicową, a pro-grupowa jest opcją lewicową.

Jak łatwo zauważyć obie skrajności są letalne tzn. prowadzą do śmierci.

Przykładami takich skrajności jeśli chodzi o skrajną orientacją progrupową zaprzeczającą istnieniu jednostki i prowadzącą do śmierci jednoski jest przykład kamikaze, czy fanatyczni fundamentaliści z bliskiego wschodu. W skrajnych przypadkach np. Hitlera, czy Pol-Pota następowała eksterminacja narodu. Jeśli chodzi o zaprzeczenie wartości grupy, to jeśli taka opcja będzie dość powszechna i będziemy mieli do czynienia z powszechną prywatą, to następuje śmierć państwa, co w przypadku Polski skończyło się rozbiorami, a i teraz idziemy równo w tym kierunku.

Ale potrzeba miłości, aby zaakceptować obie postawy wewnątrz każdego z nas. Tak! Powtórzę to, aby zaakceptować obie postawy potrzebna jest miłość własna. Człowiek, który nie kocha siebie, nie istnieje we własnym obrazie świata i będzie widział jedynie potrzeby zbiorowości i nie uwzględnia swoich potrzeb, jako jednostki. Nie daje również takiego prawa drugiemu człowiekowi. Postawa taka jest również przyczyną niskiej samooceny. Oparta o nienawiść do samego siebie, postawa taka, nie dająca sobie prawa do istnienia, jest postawą jednostronną, albo postawą totalitarną.

Jeśli człowiek szanuje siebie, jeśli kocha siebie, to akceptuje obie postawy, które istnieją w nim samym i od których nie może uciec. Człowiek, który kocha siebie, znaczy akceptuje obie postawy w nim obecne tzn. lewicową i prawicową, a także akceptuje za-równo same decyzje podejmowane zgodnie z jedną, czy drugą opcją, jak i odpowiedzialność za podjęcie tych decyzji. Postawa taka pozwala zobaczyć również i drugą możliwość zgodną z przeciwną postawą (np. lewicową), a także pozwala znacznie łatwiej zobaczyć etapy pośrednie. Akceptacja samego siebie umożliwia znalezienie złotego środka między sprzecznym interesem konfliktu jednostki ze zbiorowością. Jednocześnie akceptacja ta pozwala na rozróżnienie między wolnością i co za tym idzie odpowiedzialnością, a samowolą, czyli zachowaniem nieodpowiedzialnym. Tak więc postawa lewicowa to oparta o miłość postawa kładąca nacisk na interes zbiorowości.

A miłość to rozwijanie bliskości w oparciu o akceptację, wolność i zaufanie. Jednak akceptacja musi być bezwarunkowa, zaufanie ograniczone, a wolność musi łączyć się z odpowiedzialnością.

Przekładając to na język polityki, ordynacja wyborcza oparta na miłości własnej niesie odpowiedzialność posła przed wyborcą, a z drugiej strony pozwala na akceptację posła przez wyborcę; akceptację posła, który wygrał wybory, bez względu na to, który obóz reprezentuje (lewicowy lub prawicowy). Taką ordynacją jest ordynacja większościowa, w której jeden poseł reprezentuje dany okręg wyborczy. Ordynacja taka niesie odpowiedzialność posła przed wyborcami. Wprowadza pojęcie odpowiedzialności politycznej, a więc ogranicza pieniactwo, gdyż sędziami są wyborcy. Jednocześnie ordynacja ta wymusza pojęcie dobra wspólnego i w imię tego dobra konieczność dogadywnia się i kompromisu wewnątrz parlamentu.

W państwie, gdzie istnieje większościowa ordynacja wyborcza, rola posła polega na przełożeniu interesu jednostkowego na zbiorowy w parlamencie i na odwrót, w okręgach wyborczych - na edukacji elektoratu i przekonywanie go do danej ustawy, czyli tłumaczeniu interesu zbiorowego indywidualnym wyborcom. Innymi słowy rola posła w okręgu wyborczym polega na sprzedaży danej ustawy elektoratowi. Ale żeby móc sprzedać, to poseł musi mieć zaufanie, a więc musi być znany w swoim okręgu wyborczym. A kto w Polsce zna swojego posła-reprezentanta? Do kogo ma się udać wyborca, żeby zgłosić swoje problemy, wątpliwości? Po 20 latach od Okrągłego Stołu, znowu mamy podział na „my i oni”, tak samo jak w PRL-u, a nawet jewszcze gorzej, bo niewiadomo, kto jest odpowiedzialny np. za ustawę opodatkowującą polskie komputery, a zwalniające z podatków komputery importowane.

Człowiek kierujący się nienawiścią, widzi tylko jedną opcję i podejmuje ‘jedynie słuszne decyzje’, widzi tyko w kategoriach czarne-białe, a więc w kategoriach skrajnych, prowadzących do śmierci. Jest to postawa typu: „dobry Indianin (komunista, kapitalista, etc.), to martwy Indianin”. Postawa lewicowa oparta na nienawiści, która nie widzi człowieka, jako podmiotu i jego interesu jednostkowego, jest postawą totalitarną. Ludzie reprezentujący postawę totalitarną, w imię solidarności społecznej, starają się zorganizować życie każdej jednostki społeczeństwa, kiedy człowiek ma wstawać z łóżka, co ma jeść, jakie zażywać lekarstwa itd.

Przykładem takiej postawy totalitarnej może być refundacja lekarstw, a więc do-finansowanie przedmiotu (leku), a nie podmiotu, czyli człowieka. W podejściu zindywidualizowanym (prawicowym) wszystkie leki powinny kosztować 100%, a refundacja odbywać się przy rozliczaniu PITu (wzgl. przez Pomoc Społeczną). W obecnym systemie refundacji leków podatnicy dofinansują np. p. Nowaka, który jest prezesem Banku, i który zarabia 400 tys. miesięcznie, na równi z p. Kowalską, której renta wynosi 400 zł. Co więcej, obecny system decyduje za p. Kowalską, a więc niejako zmusza ją pod groźbą niedofinansowania, do zażywania np. leku przeciwzapalnego za 100 zł zamiast za 3 zł. Tak naprawdę jednak dofinansowanie nie jest skierowane do Kowalskiego, a do firmy farmaceutycznej.

Oto parę innych przykładów z dziedziny podatków:
Wypełnianie corocznych formularzy podatkowych jest podejściem zindywidualizowanym, a więc prawicowym. Podejściem totalitarnym jest np. podatek pogłowny lansowany przez UPR, a za propozycję którego pani premier UK przegrała kolejne wybory. Inne podatki o charakterze totalitarnym i stanowiące reminiscencję podatku pogłownego to:
  • Składka ZUS, wprowadzona przez rząd Buzka-Balcerowicza, która spowodowała trzy-milionowe bezrobocie,
  • VAT
  • Akcyza
  • Abonament radiowo-telewizyjny
  • podatek od odsetek kapitałowych płacony przez banki (tzw. podatek Belki), a nie rozliczany indywidualnie z całym podatkiem dochodowym.

Jak widać w Polsce pojęcie prawicy w ogóle nie istnieje, a kolejne totalitarne i lękliwe rządy, pozbawione jakiejkolwiek wizji państwa, a więc postawy opartej o nienawiść, wraz Sejmem, próbują możliwie dokładnie zorganizować życie obywatela, a efektem tego jest Rzeczpospolita Mafijna, trzy milionowe bezrobocie i masowa emigracja za chlebem, a pojęcie dobra wspólnego, polskiej racji stanu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. „Warcholstwo”, „chamstwo”, przepychanki, przeciąganie, przekupstwo, posłów. A przepraszam, po co nam urząd do spraw walki z korupcją?

A co na to Prezydent RP Lech Kaczyński? Zapowiedział już veto w sprawie zmiany ordynacji wyborczej. A oto fragment jego wypowiedzi z 29.03.2006 w Programie 1 Polskiego Radia:

... Nawet gdyby ktoś wymyślił coś takiego, co zbliża się do ordynacji większościowej, jakoś omijając rafę konstytucyjną (bo ona jest dzisiaj sprzeczna z Konstytucją w sposób oczywisty), to spotka się z wetem z mojej stony, bo ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem ordynacji większościowej, zdecydowanym przeciwnikiem. Znaczy to jest dobry sposób na wyłanianie władzy, ale on nie ma nic wspólnego z demokracją. I podam tutaj państwu tego rodzaju przykład – kraj, który od ponad 200 lat, można powiedzieć, kształtuje ten typ ordynacji wyborczej, czyli Wielka Brytania, ma w tej chwili partię, która zdobyła 24% głosów, czyli tyle, co Platforma Obywatelska w Polsce. Przyznacie państwo, że Platforma Obywatelstwa ma bardzo dużo do powiedzenia w Polsce, a ta partia nie ma nic do powiedzenia, bo ma kilku czy kilkunastu przedstawicieli w Parlamencie, bo tylko w kilku, czy kilkunastu okręgach wyborczych ona jest partią najsilniejszą. Ona wszędzie jest silna, tylko, że w pojedyńczych okręgach jest najsilniejsza. Chodzi o Partię Liberalną. I to jest system, który po prostu nie wyłania reprezentacji społeczeństwa...

No i mamy to, co mamy w Polskim Sejmie. Tylko nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

PS.
A przepraszam bardzo, skąd ludzie, wychowani w niewoli, mają wiedzieć, jak wygląda wolność? Kto ma ich edukować, jak nie środki masowego przekazu? A czym się zajmuje Publiczne Radio, czy Telewizja? Tematami zastępczymi! Dlaczego fundamentalny problem ordnacji wyborczej w publicznych środkach przekazu stanowi tabu?